31.03.2024, 19:34 ✶
Szeptucha posłała Leonowi krótkie spojrzenie. Jej ciemne, żucze oczy lśniły od nieskrywanych w nich emocji. Pokręciła głową, mamrocząc pod nosem coś bardzo cicho, złowróżbnie. Głośniej i jakoś tak łagodniej, powiedziała jednak:
- Jestem tylko sobą, synu Hestii – i ciszej, już tak cicho, że mógł to usłyszeć jedynie wtedy, gdy wytężył mocno słuch, dodała – A to najgorsza z przekleństw.
Ale gdy wróciła do Leona wyglądała już trochę lepiej. Nadal była Szeptuchą. Nadal poruszała się raz bezszelestnie, niemal jak zjawa, prawie unosząc się bezgłośnie nad ziemią, raz ciężko, nieznośnie powoli, jakby dźwigała na ramionach ciężar, którego nie mógł unieść nikt poza nią samą. Nadal wyglądała niepokojąco. Nadal mówiła dziwne rzeczy. Ale jednak, coś było w sympatii, którą musiała czuć do matki Bletcheya, bo nie dość, że próbowała okazać mu trochę grzeczności, to i skupiała na mężczyźnie dłużej wzrok. Patrzyła na niego smutno, niby wiedząco, ale jednocześnie jakoś tak nieprzyjemnie, jakby pochwalała i nie pochwalała jego zachowania.
Potrząsnęła głową.
- Wszyscy umierają – podsumowała enigmatycznie. I tu już Leon sam musiał sobie odpowiedzieć, czy mówiła o Zimnych, czy o nieuchronnych prawach, które rządziły tym światem.
Na jednym z rosnących nieopodal starych drzew siedział kruk. Ptak zerwał się do lotu z głośnym krakaniem. Dźwięk przerwał ciszę. Szeptucha drgnęła, zwęziło się jej spojrzenie, gdy szukała ulatującego w gęstwinę stworzenia.
Kiwnęła głową, pozwalając Leonowi i na wzięcie miedzianego dzbanuszka do ręki i na napełnienie im kubków. Westchnęła pod nosem, znowu powracając spojrzeniem ku odwiedzającemu ją młodemu mężczyźnie.
- Czy ktokolwiek do tej pory posiadał takie informacje? – zapytała. – A jednak coś, co nie powinno mieć miejsca, miało miejsce. – Sięgnęła po jeden z kubków. Objęła go obiema rękami i zapatrzyła się na taflę ziołowego naparu, jakby w jego oparach dostrzegała coś więcej. – Mówiłam, że przyda mu się młotek – wymruczała pod nosem, nawiązując w ten sposób do jednej z przepowiedni, którą wygłosiła podczas Ostary. – Konsekwencji też nikt nie znał a jednak nadeszły i jeszcze nadejdą. I te dla wszystkich, i te dla nich. Nie wchodź do Kniei Godryka, synu Hestii. Śmierć zebrała tam swoje żniwo. Nie warto zliczać policzonego czasu – westchnęła. Upiła trochę ziołowego naparu. Miał posmak rozmarynu, mięty, szałwii i goździków. Nie smakował źle, choć zdecydowanie różnił się od zwykłej herbaty. - Nie wszystko, co zobaczysz w lustrach jest prawdziwe, nawet jeśli spoglądasz na własne oblicze.
- Jestem tylko sobą, synu Hestii – i ciszej, już tak cicho, że mógł to usłyszeć jedynie wtedy, gdy wytężył mocno słuch, dodała – A to najgorsza z przekleństw.
Ale gdy wróciła do Leona wyglądała już trochę lepiej. Nadal była Szeptuchą. Nadal poruszała się raz bezszelestnie, niemal jak zjawa, prawie unosząc się bezgłośnie nad ziemią, raz ciężko, nieznośnie powoli, jakby dźwigała na ramionach ciężar, którego nie mógł unieść nikt poza nią samą. Nadal wyglądała niepokojąco. Nadal mówiła dziwne rzeczy. Ale jednak, coś było w sympatii, którą musiała czuć do matki Bletcheya, bo nie dość, że próbowała okazać mu trochę grzeczności, to i skupiała na mężczyźnie dłużej wzrok. Patrzyła na niego smutno, niby wiedząco, ale jednocześnie jakoś tak nieprzyjemnie, jakby pochwalała i nie pochwalała jego zachowania.
Potrząsnęła głową.
- Wszyscy umierają – podsumowała enigmatycznie. I tu już Leon sam musiał sobie odpowiedzieć, czy mówiła o Zimnych, czy o nieuchronnych prawach, które rządziły tym światem.
Na jednym z rosnących nieopodal starych drzew siedział kruk. Ptak zerwał się do lotu z głośnym krakaniem. Dźwięk przerwał ciszę. Szeptucha drgnęła, zwęziło się jej spojrzenie, gdy szukała ulatującego w gęstwinę stworzenia.
Kiwnęła głową, pozwalając Leonowi i na wzięcie miedzianego dzbanuszka do ręki i na napełnienie im kubków. Westchnęła pod nosem, znowu powracając spojrzeniem ku odwiedzającemu ją młodemu mężczyźnie.
- Czy ktokolwiek do tej pory posiadał takie informacje? – zapytała. – A jednak coś, co nie powinno mieć miejsca, miało miejsce. – Sięgnęła po jeden z kubków. Objęła go obiema rękami i zapatrzyła się na taflę ziołowego naparu, jakby w jego oparach dostrzegała coś więcej. – Mówiłam, że przyda mu się młotek – wymruczała pod nosem, nawiązując w ten sposób do jednej z przepowiedni, którą wygłosiła podczas Ostary. – Konsekwencji też nikt nie znał a jednak nadeszły i jeszcze nadejdą. I te dla wszystkich, i te dla nich. Nie wchodź do Kniei Godryka, synu Hestii. Śmierć zebrała tam swoje żniwo. Nie warto zliczać policzonego czasu – westchnęła. Upiła trochę ziołowego naparu. Miał posmak rozmarynu, mięty, szałwii i goździków. Nie smakował źle, choć zdecydowanie różnił się od zwykłej herbaty. - Nie wszystko, co zobaczysz w lustrach jest prawdziwe, nawet jeśli spoglądasz na własne oblicze.