31.03.2024, 20:32 ✶
– Ciężki dzień, co? – spytała Brenna z pewnym współczuciem, spoglądając na Basiliusa, wyraźnie zmęczonego. A potem odrobina zielonej mazi i parę kropel krwi spadło na posadzkę. – Przepraszam – rzuciła, pośpiesznie wyciągając różdżkę i usuwając to wszystko z podłogi, zanim zgodnie z poleceniem, przemieściła się na kozetkę. Wprawdzie nie zamierzała mdleć, i zapytana na pewno zapewniłaby, że nie jest tak źle i właściwie to wszystko w porządku, bo przecież oddycha, gada i nawet chodzi, ale skoro przyszła już do szpitala, nie będzie przecież ignorować zaleceń uzdrowiciela i dokładać biedakowi zmartwień.
Uderzyła się w głowę i tak faktycznie bolała, ale jej zachowanie, niestety, nie wynikało z urazu. Raczej z naturalnych cech charakteru. Brenna zwykle bywała wesoła, a w tych momentach, w których wesoła nie była, dość odruchowo zachowywała się tak, jakby ta wesołość jednak jej towarzyszyła. Chyba nawet nie miała w stu procentach świadomości, jak naturalnie przychodzi jej ukrywanie wszystkiego, co było negatywne pod płaszczykiem bycia radosnym pajacem.
– Nie cała ta krew jest moja – zastrzegła szybko. Wprawdzie ta na twarzy owszem, pochodziła z paskudnego rozcięcia, ale już ta na rękach i na mundurze nie do końca. (Efekt rozkwaszenia nosa złodziejowi, tak naprawdę nie stało się mu nic aż tak poważnego.) – To…
Brenna zawahała się na moment. Nie dlatego, że nie chciała odpowiadać na pytanie, ale że nie była do końca pewna, jakiej odpowiedzi udzielić. Nie wiedziała przecież, jakim zaklęciem oberwała. I właściwie to było chyba kilka zaklęć. A co było w tym pudełku?
– Wszystko stało się trochę ponad godzinę temu, musieliśmy najpierw odstawić wszystkich do aresztu, a potem oglądał mnie nasz medyk. Czuję się dobrze, w sumie to nawet jakoś bardzo nic nie boli. I eee… nie jestem pewna, co się stało? – powiedziała, rzucając Basiliusowi odrobinę przepraszające spojrzenie. – Krzyżowy ogień zaklęć, cywile, których trzeba było osłaniać w pierwszej kolejności, potem wybuch prawdopodobnie przeklętego przedmiotu… oszołamiacza to uniknęłam, bombardę odbiłam, ale potem coś z transmutacji przebiło się częściowo przez tarczę, a potem chyba walnęło mnie coś osłabiającego, na mój gest nekromancja, i musnęło mnie zaklęcie tnące, a później czegoś uniknęłam, ale ta skrzyneczka wybuchła tuż obok, i przed ogniem się zasłoniłam, ale poleciała ta maź… – zrelacjonowała przebieg sytuacji jak najwierniej tylko potrafiła, spuszczając wzrok na ciemne ślady, które pięły się po ręku. Nie miała pojęcia, kiedy się pojawiły. Może był to jakiś splot tego zaklęcia z zakazanej dziedziny nekromancji, które połączyło się z czarem transmutacyjnym, a zielona maź utrwaliła w jakiś sposób efekt…?
Uderzyła się w głowę i tak faktycznie bolała, ale jej zachowanie, niestety, nie wynikało z urazu. Raczej z naturalnych cech charakteru. Brenna zwykle bywała wesoła, a w tych momentach, w których wesoła nie była, dość odruchowo zachowywała się tak, jakby ta wesołość jednak jej towarzyszyła. Chyba nawet nie miała w stu procentach świadomości, jak naturalnie przychodzi jej ukrywanie wszystkiego, co było negatywne pod płaszczykiem bycia radosnym pajacem.
– Nie cała ta krew jest moja – zastrzegła szybko. Wprawdzie ta na twarzy owszem, pochodziła z paskudnego rozcięcia, ale już ta na rękach i na mundurze nie do końca. (Efekt rozkwaszenia nosa złodziejowi, tak naprawdę nie stało się mu nic aż tak poważnego.) – To…
Brenna zawahała się na moment. Nie dlatego, że nie chciała odpowiadać na pytanie, ale że nie była do końca pewna, jakiej odpowiedzi udzielić. Nie wiedziała przecież, jakim zaklęciem oberwała. I właściwie to było chyba kilka zaklęć. A co było w tym pudełku?
– Wszystko stało się trochę ponad godzinę temu, musieliśmy najpierw odstawić wszystkich do aresztu, a potem oglądał mnie nasz medyk. Czuję się dobrze, w sumie to nawet jakoś bardzo nic nie boli. I eee… nie jestem pewna, co się stało? – powiedziała, rzucając Basiliusowi odrobinę przepraszające spojrzenie. – Krzyżowy ogień zaklęć, cywile, których trzeba było osłaniać w pierwszej kolejności, potem wybuch prawdopodobnie przeklętego przedmiotu… oszołamiacza to uniknęłam, bombardę odbiłam, ale potem coś z transmutacji przebiło się częściowo przez tarczę, a potem chyba walnęło mnie coś osłabiającego, na mój gest nekromancja, i musnęło mnie zaklęcie tnące, a później czegoś uniknęłam, ale ta skrzyneczka wybuchła tuż obok, i przed ogniem się zasłoniłam, ale poleciała ta maź… – zrelacjonowała przebieg sytuacji jak najwierniej tylko potrafiła, spuszczając wzrok na ciemne ślady, które pięły się po ręku. Nie miała pojęcia, kiedy się pojawiły. Może był to jakiś splot tego zaklęcia z zakazanej dziedziny nekromancji, które połączyło się z czarem transmutacyjnym, a zielona maź utrwaliła w jakiś sposób efekt…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.