31.03.2024, 23:41 ✶
Patrzyła na niego przez zaciśnięte powieki, w niepewności i strachu, szepcząc bezgłośnie litanię, łapiąc się jego istnienia wszystkimi pozostałymi zmysłami, szukając, chłonąc, rozlewając się po nim i w nim, zupełnie jakby lepkie zacieki niestabilnej duszy, szukały oparcia, połączenia, szukały kotwicy, do której mogłyby przywiązać się liną woli przetrwania. Pragnęła widzieć siłami chwiejnego umysłu, logicznie zrozumieć sposób by pozostać, lecz nie tędy prowadziła skuteczna droga... Nie wtedy, gdy potrzeba było ufności i wiary, pragnienia silniejszego od racjonalnej woli.
Mówił słowa, a ona spijała ich tembr, zsuwając się niżej tak by głowę ukorzenić w krzywiźnie jego szyi, niezachwianego karku, zwieńczenia twardości moralnego kręgosłupa, niegodzącego się na niesprawiedliwość, obracającego się zawsze ku zagrożeniu. Jej niespokojne serce zawsze przecież znajdowało ukojenie gdy była przy nim, przyjmując każdy najdrobniejszy przejaw atencji, każdy uśmiech, głupi żart, każdą przyganę, zbywające ją warknięcie, każdą myśl, każde słowo, spojrzenie...
Kocham Cię – tak trywailne i tak trudne zarazem wyznanie, skrywane za fasadą szorstkiego obycia mężczyzny przede wszystkim skutecznego, jak iskra wystrzeliło w popiół jej ciała, rozpalając ciało, a czas próby tylko mocniej ten ogień rozdmuchał, zamiast go stłamsić. Daleko jej było do słomy, która gasła pod lekkim podmuchem, Mildred mimo wiotkości ciała zawsze była harda duchem, płonęła teraz jak wiekowy węgiel wydarty ziemi. Alastor mógł pod palcami poczuć już nie drżenie osiki, a wzmagające ciepło, z każdym słowem, z każdym zapewnieniem i obietnicą. A gdy jej dusza wlewała się w poszukiwaniu rozpaczliwego cienia nadziei, jakież uniesienie mogło towarzyszyć odkryciu, że to nie cień, a rozchodzący się kryształami blask bliźniaczego odbicia, niemożliwego wcześniej do pojęcia przez małość i ograniczenie ludzkiego ciała, niepewność, zbudowaną obronną fasadę, bariery racjonalnych myśli nabytych i wzmacnianych latami.
Musiała umrzeć, przejść się tam i na powrót, by to pojąć i przyjąć.
– Jesteś... – szepnęła mu znów, wierząc w każde słowo, a czerń otulająca ją w paranoicznej myśli i obezwładniającym lęku transformowała w czucie i pewność, przyjmowała nieprzerwanie jego kształt i podobieństwo, bo gdy Mills odwróciła oko swojej jaźni na drogę, tam był już tylko jej brat, prawdziwy jak nic innego wokół. Wargi rozchylone w westchnieniu otuliły na moment ciepły puls biegnącej przy ścięgnach tętnicy, zbierając sól minionego dnia, zmęczenie tygodni zawiedzonych nadziei.
– Cokolwiek się stanie... – kolejny pocałunek zatrzymał się pomiędzy skrzydłami obojczyków, miękkim zagłębieniu, spoiwem silnych ramion, upragnionych kotwic w tym okrutnym, lecz chcianym przez wzgląd na niego świecie. – Nigdy więcej... choćbym miała umrzeć i nawiedzać Cię po kres Twoich dni. Będę czekać tutaj, by przejść tam z Tobą razem. Nigdy bez Ciebie. Nigdy więcej bez Ciebie. – I w końcu strach minął zupełnie, gdy głowę złożyła mu na piersi, zasłuchana w łomoczące, stęsknione serce.
Mówił słowa, a ona spijała ich tembr, zsuwając się niżej tak by głowę ukorzenić w krzywiźnie jego szyi, niezachwianego karku, zwieńczenia twardości moralnego kręgosłupa, niegodzącego się na niesprawiedliwość, obracającego się zawsze ku zagrożeniu. Jej niespokojne serce zawsze przecież znajdowało ukojenie gdy była przy nim, przyjmując każdy najdrobniejszy przejaw atencji, każdy uśmiech, głupi żart, każdą przyganę, zbywające ją warknięcie, każdą myśl, każde słowo, spojrzenie...
Kocham Cię – tak trywailne i tak trudne zarazem wyznanie, skrywane za fasadą szorstkiego obycia mężczyzny przede wszystkim skutecznego, jak iskra wystrzeliło w popiół jej ciała, rozpalając ciało, a czas próby tylko mocniej ten ogień rozdmuchał, zamiast go stłamsić. Daleko jej było do słomy, która gasła pod lekkim podmuchem, Mildred mimo wiotkości ciała zawsze była harda duchem, płonęła teraz jak wiekowy węgiel wydarty ziemi. Alastor mógł pod palcami poczuć już nie drżenie osiki, a wzmagające ciepło, z każdym słowem, z każdym zapewnieniem i obietnicą. A gdy jej dusza wlewała się w poszukiwaniu rozpaczliwego cienia nadziei, jakież uniesienie mogło towarzyszyć odkryciu, że to nie cień, a rozchodzący się kryształami blask bliźniaczego odbicia, niemożliwego wcześniej do pojęcia przez małość i ograniczenie ludzkiego ciała, niepewność, zbudowaną obronną fasadę, bariery racjonalnych myśli nabytych i wzmacnianych latami.
Musiała umrzeć, przejść się tam i na powrót, by to pojąć i przyjąć.
– Jesteś... – szepnęła mu znów, wierząc w każde słowo, a czerń otulająca ją w paranoicznej myśli i obezwładniającym lęku transformowała w czucie i pewność, przyjmowała nieprzerwanie jego kształt i podobieństwo, bo gdy Mills odwróciła oko swojej jaźni na drogę, tam był już tylko jej brat, prawdziwy jak nic innego wokół. Wargi rozchylone w westchnieniu otuliły na moment ciepły puls biegnącej przy ścięgnach tętnicy, zbierając sól minionego dnia, zmęczenie tygodni zawiedzonych nadziei.
– Cokolwiek się stanie... – kolejny pocałunek zatrzymał się pomiędzy skrzydłami obojczyków, miękkim zagłębieniu, spoiwem silnych ramion, upragnionych kotwic w tym okrutnym, lecz chcianym przez wzgląd na niego świecie. – Nigdy więcej... choćbym miała umrzeć i nawiedzać Cię po kres Twoich dni. Będę czekać tutaj, by przejść tam z Tobą razem. Nigdy bez Ciebie. Nigdy więcej bez Ciebie. – I w końcu strach minął zupełnie, gdy głowę złożyła mu na piersi, zasłuchana w łomoczące, stęsknione serce.