Vincent był osobowością, która oficjalnie pokazywała, że nie lubi ludzi, że ich wręcz nie chce w swoim życiu, a rzeczywistość wrzucała go w sytuacje, w których wręcz chciał pozna ć inną osobę. Fascynowało go to jak ta osoba się zachowuje, co ma do powiedzenia. Chciał po prostu poznać tego człowieka. Fakt – mało interesował się ich wewnętrznymi rozterkami, nie był typem pocieszyciela, raczej wolał iść się z kimś pobić w zaułku dla przyjemności niż porozmawiać o uczuciach skrywanych głęboko w sercu. Raczej czuł się niekomfortowo, gdy ktoś wywalał mu swoje problemy, żale i bóle serca, ale słuchał, próbował taką osobę rozweselić, zagadać, dodać odrobiny zapomnienia. Nie, nigdy nie starał się rozwiązywać zagwozdek takich osób, ale nie oznaczało to, że nie mógł być przyjacielem, ramieniem jeśli ktoś postawiłby go w takiej sytuacji.
Natomiast, gdy wypił, gdy wlał w siebie odpowiednią ilość alkoholu, by czuć, że hamulce dyskomfortu puściły stawał się jeszcze większą duszą towarzystwa, większą mądralą i większym pewnym siebie Vincentem. Przemądrzał się, wychwalał, że jest ponad uzależnienia będąc uzależnionym, opowiadał o sobie zbyt wiele, dawał zbyt wiele powierzchownych rad, ale poziom charyzmy, który od niego bił sprawiał, że ludzie nadal chcieli go lubić, że nie zrażał ich swoimi pijackimi opowieściami.
– Nie ograniczam umysłu – wzruszył ramieniem nadal nie tracąc humoru, nadal uśmiechając się w łobuzerski, zadziorny sposób, a uśmiech ten obejmował również ciemne oczy. Oczy, które posiadał sprawiały, że wyglądał dobrze, przyjemnie, miło, ciepło wręcz i pociesznie. Całkowicie inaczej niż jak prezentował się, gdy nie ograniczał go wpływ alkoholu, gdy próbował być powściągliwy będąc trzeźwym. – Bo czaisz, uzależnienie siedzi w twojej głowie. Nie wolno pozwolić, aby cię ograniczył umysł zamykając cię na tym, że musisz palić. Ja palę bo chcę, a nie że muszę – odrobinę bredził, wręcz okłamywał swój umysł próbując wmówić sobie, że pali, bo może.
To nie tak, że Vincent ignorował ludzką naturę Brenny Longbottom. Zdawał sobie z tego sprawę, ale ta dziewczyna stała się dla niego taką przyjaciółką, osobą, której nie chciał ograniczać zamartwianiem się. Oczywiście nie chciał, aby stała się jej krzywda, nie raz serce zabiło mu szybciej, gdy była w sytuacji zagrożenia, ale nie chciał też, aby myślała, że on nie śpi po nocach, bo ona może nie wrócić z jakiejś szalonej eskapady ratowania przyjaciółki z opresji, bo utknęła na drzewie. Nie chciał, aby przed nim coś ukrywała, więc wykazywał się wobec niej sporą dozą zaufania, aby czuła się odpowiednio komfortowo i nie ukrywała przed nim jakichś rzeczy. Od braku snu w nocy miała brata. Vinc był raczej osobą do ucierania nosa i udowadniania, że była od niego lepsza i na odwrót.
Zdziwił się zdecydowanie na jego porównanie z Brenną. Nigdy nie patrzył na nią jak na kogoś podobnego do siebie. Brenna raczej otwarcie lgnęła do ludzi, a on wręcz karykaturalnie ich odpychał. Inaczej było na takich zabawach, ale sam fakt – Vinc unikał rozgłosu w podobny sposób jak Brenna. Zaśmiał się cicho i wzruszył skromnie ramionami. Nigdy nie sądził, że dogada się z jakimkolwiek Longbottomem. Jego własny brat zszedłby na zawał jakby dowiedział się o jego przyjaźni z Brenną.
– Mam nadzieję – uniósł szklankę ku górze i dopił trunek. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś celu, na ustach nadal malował się uśmiech, a oddanie Erika wydało mu się nawet przyjemnie zabawne. – Mam pomysł – odparł i machnął na niego, aby ten ruszył za nim. Wyszli za namioty, Vincent widział wcześniej jakichś młodzików, który się chowali między krzakami chowając jakieś mocniejsze jaranie. Wcześniej to zignorował, ale teraz miał ochotę upalić odrobinę Erika, aby sprawdzić jakie ma granice. Brat Brenny wydawał mu się być dosyć odległą osobą do robienia jakichś szalonych akcji, więc można złamać drobne granice takiego osobnika, prawda?