31.03.2024, 23:59 ✶
Uniósł w górę brwi, otwierając szerzej usta i marszcząc się nieco, kiedy tylko usłyszał słowo „spokojnie”, bo naprawdę słabo radził sobie z tego typu tekstami. Spokojny był głównie wtedy, kiedy spał, a i wtedy zdarzało mu śnić, o czymś tak dobijającym, że miotał się w pościeli albo drżał od nadmiaru emocji, więc... Ze spokojem to Cain mógł podejść do tego, że Flynn będzie niespokojny. Ale nie powiedział nic. Tym razem nie dlatego, że głos ugrzązł mu w gardle, po prostu... się na niego zapatrzył.
- Czego chcesz w zamian? - Sam miał aż nadmiar propozycji, ale żadna z nich nie był czysta. Były brudne tak samo jak on, tak samo jak to, co robił temu biednemu człowiekowi, domagając się takich wyznań, zabierając go tutaj, wpuszczając go znowu do swojego życia i dając mu żyć w ułudzie, że to, co mu oferował, będzie kiedykolwiek wystarczające. Jeżeli Bletchley uczyni go swoim domem, to gdzie pójdzie, kiedy świat Flynna Bella znów się zawali? Będzie siedział z nim pod ruinami, czy będzie krążył z tym swoim zagubionym spojrzeniem, nie wiedząc, gdzie pójść, żeby znów poczuć się bezpiecznie? Teraz było im tak ciepło, tak dobrze. Co będzie za godzinę, za dzień, za miesiąc, rok, dwa? Nigdy nie dał zagoić się starym ranom, trzymał w szafce paczkę papierosów, jakby miał niedługo wrócić i wciąż jej potrzebować. Szykował się na powstawanie nowych z nastawieniem, jakby zaciskanie oczu miało pomóc. Halo, ktokolwiek słyszał o tym, żeby było łatwiej poskładać człowieka, który miał zamknięte oczy kiedy rozcinano go nożem? To zaprzeczenie pomagało tylko jednej stronie tej relacji - Flynnowi. Wyraz jego twarzy od razu złagodniał, uśmiechnął się bardzo ciepło i zrobił się bardzo rumiany, chociaż w tym żółtym świetle nie było to aż tak łatwe do zauważenia. Nie dało się uniknąć tylko jednego - spojrzenia pełnego adoracji, wlepionego w Caina, bo dostał to czego chciał. - To dobrze - powiedział nagle, gdzieś pomiędzy trzecim i czwartym pocałunkiem, jakie zaczął składać wzdłuż jego szyi, kończąc przy obojczyku. - To dobrze, bo jesteś na mnie skazany na kolejne dwie doby, a ja nie oczekiwałem od ciebie niczego mniej. - Niczego mniej niż uzależniającej miłości, będącej wszystkim, czego potrzebował do szczęścia, a jednocześnie nigdy nie była czymś wystarczającym, aby uratować jego lub ich. Po takich dniach znów zastanawiał się, czy największym dobrem, jakie mógł ofiarować światu, nie było czasami dźgnięcie się własnym nożem. Ale gdyby się na to zdecydował, uczyniłby to pewnie sceną możliwie jak najbardziej dramatyczną. W czyich rękach chciałby się wykrwawić?
Ktoś mu kiedyś powiedział, że jeżeli dowolna osoba wybierze jedno krzesło w restauracji przynajmniej trzy razy, to będzie wybierała je zawsze już do końca życia, o ile tylko będzie wolne. Flynn nie był pewien, czy kiedykolwiek miał takie krzesło. Może nigdy nie chciał mieć krzesła. A może po prostu był tak chciwy, że chciał mieć ich więcej, niż wypadało, skoro tak wiele osób stało i nie miało krzesła wcale, ale to przecież nie jego wina, bo przecież krzesła były stworzeniami o wolnej woli... zaraz co?
- Martwisz się czasem, kiedy milczę? - Pocałował go jeszcze raz, tym razem za uchem. - Kiedy zakopuję się w ciszy. - Swojej ciszy, bo tutaj nie było już cicho. W takich warunkach brzęczenie lodówki wydawało się świdrować mu wgłębienie w duszy, chociaż kiedy przebywał w mieście, docierało do niego o wiele więcej denerwujących dźwięków i żaden z nich nie doprowadzał go do szału.
Był rozgrzany. Reagował na dotyk cichymi westchnieniami i odwdzięczał się za niego przesunięciami własnych palców po karku i włosach Bletchleya. Widać po nim było, nawet bez pochylania głowy w dół, że był podniecony - przymróżył oczy w charakterystyczny dla siebie sposób i jego głos stał się odrobinę szorstki, ale generalnie czuł się inaczej niż zwykle w takiej sytuacji. Bo to otoczenie nadawało temu inny rytm. To było jego dobre miejsce, ukochany zapach jego ulubionego jeziora, wymieszany z atmosferą tego domku pośrodku niczego. Znał poszewki, w które obleczona była pościel. Znał gruby koc z tygrysem, który na pewno leżał z boku łóżka na wypadek, gdyby noc była zimniejsza, niż się tego spodziewali. To wszystko zabierało go w podróż pełną nostalgii, tak samo jak obecność człowieka, którego oplatał teraz rękoma. Niby wracał do czasów, w których był na dnie, ale jednak czuł teraz, że wszystko wydawało się wtedy jakieś... prawdziwsze. Może szorowanie po najniższych poziomach egzystencji było mu po prostu pisane, nawet jeżeli Cain przy ich pierwszym spotkaniu w nowej erze wydawał się być tak zachwycony jego zmianą na lepsze.
- Czego chcesz w zamian? - Sam miał aż nadmiar propozycji, ale żadna z nich nie był czysta. Były brudne tak samo jak on, tak samo jak to, co robił temu biednemu człowiekowi, domagając się takich wyznań, zabierając go tutaj, wpuszczając go znowu do swojego życia i dając mu żyć w ułudzie, że to, co mu oferował, będzie kiedykolwiek wystarczające. Jeżeli Bletchley uczyni go swoim domem, to gdzie pójdzie, kiedy świat Flynna Bella znów się zawali? Będzie siedział z nim pod ruinami, czy będzie krążył z tym swoim zagubionym spojrzeniem, nie wiedząc, gdzie pójść, żeby znów poczuć się bezpiecznie? Teraz było im tak ciepło, tak dobrze. Co będzie za godzinę, za dzień, za miesiąc, rok, dwa? Nigdy nie dał zagoić się starym ranom, trzymał w szafce paczkę papierosów, jakby miał niedługo wrócić i wciąż jej potrzebować. Szykował się na powstawanie nowych z nastawieniem, jakby zaciskanie oczu miało pomóc. Halo, ktokolwiek słyszał o tym, żeby było łatwiej poskładać człowieka, który miał zamknięte oczy kiedy rozcinano go nożem? To zaprzeczenie pomagało tylko jednej stronie tej relacji - Flynnowi. Wyraz jego twarzy od razu złagodniał, uśmiechnął się bardzo ciepło i zrobił się bardzo rumiany, chociaż w tym żółtym świetle nie było to aż tak łatwe do zauważenia. Nie dało się uniknąć tylko jednego - spojrzenia pełnego adoracji, wlepionego w Caina, bo dostał to czego chciał. - To dobrze - powiedział nagle, gdzieś pomiędzy trzecim i czwartym pocałunkiem, jakie zaczął składać wzdłuż jego szyi, kończąc przy obojczyku. - To dobrze, bo jesteś na mnie skazany na kolejne dwie doby, a ja nie oczekiwałem od ciebie niczego mniej. - Niczego mniej niż uzależniającej miłości, będącej wszystkim, czego potrzebował do szczęścia, a jednocześnie nigdy nie była czymś wystarczającym, aby uratować jego lub ich. Po takich dniach znów zastanawiał się, czy największym dobrem, jakie mógł ofiarować światu, nie było czasami dźgnięcie się własnym nożem. Ale gdyby się na to zdecydował, uczyniłby to pewnie sceną możliwie jak najbardziej dramatyczną. W czyich rękach chciałby się wykrwawić?
Ktoś mu kiedyś powiedział, że jeżeli dowolna osoba wybierze jedno krzesło w restauracji przynajmniej trzy razy, to będzie wybierała je zawsze już do końca życia, o ile tylko będzie wolne. Flynn nie był pewien, czy kiedykolwiek miał takie krzesło. Może nigdy nie chciał mieć krzesła. A może po prostu był tak chciwy, że chciał mieć ich więcej, niż wypadało, skoro tak wiele osób stało i nie miało krzesła wcale, ale to przecież nie jego wina, bo przecież krzesła były stworzeniami o wolnej woli... zaraz co?
- Martwisz się czasem, kiedy milczę? - Pocałował go jeszcze raz, tym razem za uchem. - Kiedy zakopuję się w ciszy. - Swojej ciszy, bo tutaj nie było już cicho. W takich warunkach brzęczenie lodówki wydawało się świdrować mu wgłębienie w duszy, chociaż kiedy przebywał w mieście, docierało do niego o wiele więcej denerwujących dźwięków i żaden z nich nie doprowadzał go do szału.
Był rozgrzany. Reagował na dotyk cichymi westchnieniami i odwdzięczał się za niego przesunięciami własnych palców po karku i włosach Bletchleya. Widać po nim było, nawet bez pochylania głowy w dół, że był podniecony - przymróżył oczy w charakterystyczny dla siebie sposób i jego głos stał się odrobinę szorstki, ale generalnie czuł się inaczej niż zwykle w takiej sytuacji. Bo to otoczenie nadawało temu inny rytm. To było jego dobre miejsce, ukochany zapach jego ulubionego jeziora, wymieszany z atmosferą tego domku pośrodku niczego. Znał poszewki, w które obleczona była pościel. Znał gruby koc z tygrysem, który na pewno leżał z boku łóżka na wypadek, gdyby noc była zimniejsza, niż się tego spodziewali. To wszystko zabierało go w podróż pełną nostalgii, tak samo jak obecność człowieka, którego oplatał teraz rękoma. Niby wracał do czasów, w których był na dnie, ale jednak czuł teraz, że wszystko wydawało się wtedy jakieś... prawdziwsze. Może szorowanie po najniższych poziomach egzystencji było mu po prostu pisane, nawet jeżeli Cain przy ich pierwszym spotkaniu w nowej erze wydawał się być tak zachwycony jego zmianą na lepsze.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.