01.04.2024, 00:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2024, 00:14 przez Alexander Mulciber.)
- Moje trzecie oko mówi mi, że za chwilę wydarzy się coś strasznego – rzucił wcześniej ustalone hasło Mulciber, posyłając Macmillanowi – nagle wybitnie zajętemu wnikliwym oglądaniem swojej filiżanki z fusami – porozumiewawcze spojrzenie, które mówiło: skup się, debilu, nie taki był plan. Klasa wróżbiarstwa była w tym roku łączona z rocznikiem wyżej – jako że nie znalazło się zbyt wielu chętnych do nauki tego szlachetnego przedmiotu – doskonały moment na integrację międzydomową. Niestety, Murtagh nie współpracował. Alex przewrócił oczami. Jego egzaltowanemu przyjacielowi wydawało się, że w rozmokłych farfoclach na dnie filiżanki widzi serce, zwiastujące rychłe powodzenie w miłości, a tak konkretnie: randkę z Dianą Burke.
- To nie jest serce – westchnął z rozdrażnieniem Alex, patrząc z niesmakiem na Murtagha, który aż podniósł się z miejsca, by złapać więcej światła z zawieszonej nad stołem lampy. Niecierpliwie stukał palcami w blat stolika, tak, jakby na coś czekał. – To jest GRZEBIEŃ, Murtagh. Wiesz, co to oznacza? Że rano chyba zapomniałeś się poczesać, no i że jesteś fałszywa kurwa, a nie przyjaciel. Zapomniałeś, jakie było hasło.
Macmillan obraził się śmiertelnie i przez chwilę wciąż obracał w dłoniach trefną filiżankę – wszystko muszę, kurwa, robić sam, pomyślał ze znużeniem Mulciber, ignorując mruczaną pod nosem wiązankę wyzwisk pod jego adresem dobiegającą ze strony przyjaciela – ale Murtagh w końcu darował sobie, i odstawił z brzękiem filiżankę na stół.
Tylko że kiedy sam, zrezygnowany, chciał opaść ciężko na siedzenie obok, Alex gwałtownym szarpnięciem odsunął jego fotel, tak, że przyjaciel wylądował tyłkiem na ziemi.
Kilka osób, na czele z głównym sprawcą całego zamieszania prychnęło śmiechem – bo to nie był pierwszy raz, kiedy Mulciber i Macmillan odwalali coś w trakcie lekcji (i poza nimi) – ale nauczycielka nie wydawała się podzielać ich poczucia humoru...
Alexander bez słowa protestu podniósł się z miejsca, zgarnąwszy wcześniej zamaszyście książkę, filiżankę z niedopitą jeszcze herbatą i okrężną drogą ruszył w stronę miejsca wskazanego przez belferkę, ignorując jej zaciśnięte w groźną kreskę usta.
Błysnął zębami w uśmiechu, mijając stolik Diany, ślicznej, i przeuroczo głupiutkiej blondyneczki, której wiecznie nieprzytomne spojrzenie wydawało się dziś jednak jakieś mniej rozbiegane niż zawsze: a już kiedy wsunął jej niepostrzeżenie w dłoń niewielki rulonik pergaminu z wierszem miłosnym skreślonym ręką absolutnie zabujanego w dziewczynie Murtagha, w ciemnych oczach Diany mignęło nagle zrozumienie… A ona sama z szyderczym rozbawieniem w głosie szepnęła: „znowu będzie o onyksowych oczach czy wymyślił coś nowego?”. Mulciber pomyślał, że być może nie docenił lotności intelektu panny Burke, ale nie miał teraz czasu, by zastanawiać się razem z nią nad trafnością metafor Macmillana.
Spełnił swój przyjacielski obowiązek skrzydłowego, i teraz skierował swe kroki w stronę innej blondynki.
Tak konkretnie: Ambrosii McKinnon.
Ten dzień nie mógł być lepszy.
Wróżbiarstwo było jedną z niewielu lekcji, których Alex nigdy nie opuszczał: zawsze przychodził na zajęcia punktualnie, a nawet przed czasem, z kompletem podręczników (w większości i tak wykutych na pamięć) pod pachą, doskonale zorientowany w aktualnie przerabianym materiale i zwyczajnie podekscytowany perspektywą wróżenia non stop przez kilka następnych godzin. Niestety, z jakiegoś powodu, nauczycielka wróżbiarstwa niespecjalnie przepadała za samym Alexandrem. Ten czuł się nieco urażony tym stanem rzeczy: w końcu, podczas wspólnego omawiania tematu był zawsze bardzo zaangażowany w dyskusję – ba, często zdarzało mu się podnosić rękę i recytować odpowiedź (dosłowny cytat ze słownika symboli wróżbiarskich) zanim jeszcze belferka zadała pytanie! – a że zdarzało mu się powygłupiać podczas pracy własnej, cóż, co miał niby robić, skoro prawie zawsze kończył pracę jako pierwszy?
Poprawka: czasem kończył równocześnie z McKinnon.
Oczywiście, skonstatował z zadowoleniem, opadając na miejsce obok Ambrosii. To było do przewidzenia. Starał się nie wyglądać na zbyt uradowanego, kiedy nauczycielka wysłała go do dokładnie tego stolika, który zajął na samym początku roku, niemalże równocześnie z siedzącą teraz obok dziewczyną. Mówiłem ci, że to bez sensu, żebyś siadała z kimś innym, Rosie, przypomniał jej ostatnim razem, kiedy nauczycielka posadziła go obok niej, odwołując się do tamtej sytuacji sprzed pierwszej lekcji wróżbiarstwa.
- Tęskniłaś, McKinnon? – Alex nawet nie próbował ukryć satysfakcji w głosie. Uśmiechnął się bezczelnie do naburmuszonej dziewczyny, która całą sobą starała się go ignorować: idąc do jej stolika, widział, jak odkłada na bok swoje przybory i odsuwa swoje krzesło od niewidzialnej granicy dzielącej ławkę na pół jak tylko się da najdalej. Kiedy tylko nauczycielka przestała patrzeć w ich stronę – zdążyła jeszcze rzucić komentarz, że bardzo liczy na to, że Mulciber nauczy się trochę ogłady od cichej i grzecznej McKinnonówny, bo jak nie poprawi swojego zachowania, to będzie jego stałe miejsce – Alex ostentacyjnie przesunął swój łokieć na terytorium Ambrosii. Powoli. Obserwując jej reakcję.
– Słyszałem, że wreszcie nauczyłaś się bić. To co, kiedy wspólny trening?
- To nie jest serce – westchnął z rozdrażnieniem Alex, patrząc z niesmakiem na Murtagha, który aż podniósł się z miejsca, by złapać więcej światła z zawieszonej nad stołem lampy. Niecierpliwie stukał palcami w blat stolika, tak, jakby na coś czekał. – To jest GRZEBIEŃ, Murtagh. Wiesz, co to oznacza? Że rano chyba zapomniałeś się poczesać, no i że jesteś fałszywa kurwa, a nie przyjaciel. Zapomniałeś, jakie było hasło.
Macmillan obraził się śmiertelnie i przez chwilę wciąż obracał w dłoniach trefną filiżankę – wszystko muszę, kurwa, robić sam, pomyślał ze znużeniem Mulciber, ignorując mruczaną pod nosem wiązankę wyzwisk pod jego adresem dobiegającą ze strony przyjaciela – ale Murtagh w końcu darował sobie, i odstawił z brzękiem filiżankę na stół.
Tylko że kiedy sam, zrezygnowany, chciał opaść ciężko na siedzenie obok, Alex gwałtownym szarpnięciem odsunął jego fotel, tak, że przyjaciel wylądował tyłkiem na ziemi.
Kilka osób, na czele z głównym sprawcą całego zamieszania prychnęło śmiechem – bo to nie był pierwszy raz, kiedy Mulciber i Macmillan odwalali coś w trakcie lekcji (i poza nimi) – ale nauczycielka nie wydawała się podzielać ich poczucia humoru...
Alexander bez słowa protestu podniósł się z miejsca, zgarnąwszy wcześniej zamaszyście książkę, filiżankę z niedopitą jeszcze herbatą i okrężną drogą ruszył w stronę miejsca wskazanego przez belferkę, ignorując jej zaciśnięte w groźną kreskę usta.
Błysnął zębami w uśmiechu, mijając stolik Diany, ślicznej, i przeuroczo głupiutkiej blondyneczki, której wiecznie nieprzytomne spojrzenie wydawało się dziś jednak jakieś mniej rozbiegane niż zawsze: a już kiedy wsunął jej niepostrzeżenie w dłoń niewielki rulonik pergaminu z wierszem miłosnym skreślonym ręką absolutnie zabujanego w dziewczynie Murtagha, w ciemnych oczach Diany mignęło nagle zrozumienie… A ona sama z szyderczym rozbawieniem w głosie szepnęła: „znowu będzie o onyksowych oczach czy wymyślił coś nowego?”. Mulciber pomyślał, że być może nie docenił lotności intelektu panny Burke, ale nie miał teraz czasu, by zastanawiać się razem z nią nad trafnością metafor Macmillana.
Spełnił swój przyjacielski obowiązek skrzydłowego, i teraz skierował swe kroki w stronę innej blondynki.
Tak konkretnie: Ambrosii McKinnon.
Ten dzień nie mógł być lepszy.
Wróżbiarstwo było jedną z niewielu lekcji, których Alex nigdy nie opuszczał: zawsze przychodził na zajęcia punktualnie, a nawet przed czasem, z kompletem podręczników (w większości i tak wykutych na pamięć) pod pachą, doskonale zorientowany w aktualnie przerabianym materiale i zwyczajnie podekscytowany perspektywą wróżenia non stop przez kilka następnych godzin. Niestety, z jakiegoś powodu, nauczycielka wróżbiarstwa niespecjalnie przepadała za samym Alexandrem. Ten czuł się nieco urażony tym stanem rzeczy: w końcu, podczas wspólnego omawiania tematu był zawsze bardzo zaangażowany w dyskusję – ba, często zdarzało mu się podnosić rękę i recytować odpowiedź (dosłowny cytat ze słownika symboli wróżbiarskich) zanim jeszcze belferka zadała pytanie! – a że zdarzało mu się powygłupiać podczas pracy własnej, cóż, co miał niby robić, skoro prawie zawsze kończył pracę jako pierwszy?
Poprawka: czasem kończył równocześnie z McKinnon.
Oczywiście, skonstatował z zadowoleniem, opadając na miejsce obok Ambrosii. To było do przewidzenia. Starał się nie wyglądać na zbyt uradowanego, kiedy nauczycielka wysłała go do dokładnie tego stolika, który zajął na samym początku roku, niemalże równocześnie z siedzącą teraz obok dziewczyną. Mówiłem ci, że to bez sensu, żebyś siadała z kimś innym, Rosie, przypomniał jej ostatnim razem, kiedy nauczycielka posadziła go obok niej, odwołując się do tamtej sytuacji sprzed pierwszej lekcji wróżbiarstwa.
- Tęskniłaś, McKinnon? – Alex nawet nie próbował ukryć satysfakcji w głosie. Uśmiechnął się bezczelnie do naburmuszonej dziewczyny, która całą sobą starała się go ignorować: idąc do jej stolika, widział, jak odkłada na bok swoje przybory i odsuwa swoje krzesło od niewidzialnej granicy dzielącej ławkę na pół jak tylko się da najdalej. Kiedy tylko nauczycielka przestała patrzeć w ich stronę – zdążyła jeszcze rzucić komentarz, że bardzo liczy na to, że Mulciber nauczy się trochę ogłady od cichej i grzecznej McKinnonówny, bo jak nie poprawi swojego zachowania, to będzie jego stałe miejsce – Alex ostentacyjnie przesunął swój łokieć na terytorium Ambrosii. Powoli. Obserwując jej reakcję.
– Słyszałem, że wreszcie nauczyłaś się bić. To co, kiedy wspólny trening?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat