To look into your secret in your heart
For this strange complex thing of my love
Fenomen Esme polegał na tym, że nie ważne, jak bardzo ciężkie wrota się przed tobą znajdowały, nie ważne jak wielkie przejście, zakluczone na śmierć, znalazłeś to nie widziałeś przed sobą żadnego z nich. Żadnych wrót, żadnych ogniw podnoszących bramy, żadnych zamków, żadnych kluczy. Bo jeśli był zamek - musi być klucz, prawda? Nieprawda. W świecie Esme Rowle żaden klucz nie potrzebował zamka, ani żaden zamek nie potrzebował klucza. Tutaj wszystko mogło być na opak, bezsensowne da odwiedzającego, nie trzymające się kupy. Rozpadało się pod palcami i nawet nie zbierałeś tego, co skruszało między palcami, bo na pewno nikomu się to nie przyda. Tuptasz po tym, co naprawdę wartościowe, a dostrzegasz śmieci, które nakryły w twoich oczach prawdziwe wartości. Kto był temu winny? Kogo wskażesz palcem? Wina świata, którego nie obejmowałeś rozsądkiem, czy może jednak oczu, które nie mogą go dostrzec? Laurent czuł przeciąg na swoich plecach, wiatr targał jego włosami i każdą z pereł, jaką mógł wpleść między kosmyki. Zostawiał tu cząstkę siebie, to na pewno. Może kiedyś zostawi jej większą część, kiedy uroni łzy - ponoć te syrenie były bardzo cenne. Ponoć... ponoć naprawdę zamieniały się w perły. Widział tyle szczegółów, słyszał tyle melodii, ale nie znał języka, nie znał kodu. Nic nie wydawało mu się niedostępne. To nie była blokada drzwi, bo przecież Esme wciągał tylko głębiej - tak się wydawało. To była... pustka. Ta dziura, z której chcesz uparcie coś wyłowić, więc wkładasz w nią ręce i orientujesz się, że ciągle w twojej garści pozostaje jedno wielkie nic. Mimo to kończył ze wszystkim. Nie ważne, ile poświęcał temu myśli, ile razy zarzucał haczyk dla złotej rybki, żeby spełniła jego życzenie i podała kod do tego zagmatwanego świata - nie było tu drogi na skróty. Na swoje nieszczęście nauczył się, że trzeba się czasami zgubić, żeby znaleźć samego siebie.
Czy w tym świecie naprawdę była jakaś meta, gdy to podróż była najważniejsza?
- Nie wiem jeszcze, po co. Ale gdybyś go nie potrzebował nie wierzę, że prowadzilibyśmy te rozmowy. - Jedną, drugą, czwartą. Drugą tak intensywną. Nie wierzył, że gdyby Esme czegoś nie chciał, gdyby czegoś mu nie dawał, to wszystko wyglądałoby tak samo. Korzyść fizyczna? Nie. Czysto-emocjonalna? Hm... Pustko, co rościsz sobie prawa do mięsa ludzkiego, powiesz, jakie jest twe pragnienie? Czy gdzieś na tej drodze leżała zagubiona karteczka, gdzie na paragonie z kawiarenki zapisałaś: upomnę się w końcu o (...)? Znając-nie-znając Esme niemal wszystko było tu możliwe. Przeszkody, pułapki - tak, ale jednocześnie: nie. Żeby pułapki miały prawo bytu należy je celowo i świadomie zasłaniać, więc znów powracała niewiadoma, ile z tego wszystkiego było starannie przygotowaną sceną, a na ile szaleństwem. Znał-nie-znał człowieka, który był specjalistą od pułapek i zabił nimi niejednego. Esme przypominał go w tej czerni - topili się w syfie, z którego nie dało się ich wyciągnąć. Nie to, żeby w przypadku Crowa Laurent tego próbował, och nie. Za bardzo się go bał. Mimo to życzył mu jak najlepiej i liczył na to, że udało mu się sprostać trudom życia i wyjść na światło dnia. No a Esme..? Esme miał przed sobą i mimo tego nie dało się go złapać i unieść razem z nim. To płótno, jakim był, stało się już nie do naprawienia. Tylko powiedz, przyjacielu, co znaczyło właściwie naprawić płótno cudzego artysty..? Skąd wiesz, gdzie kończyła się wizja malarza i zaczynały potencjalne obrażenia zewnętrzne nadane przez jednostkę trzecią? Więc tak, po coś go potrzebował. Dla rozrywki, dla satysfakcji, dla doznań. Żeby otrzeć ręce, zaraz zwrócić, albo sprawdzić tylko strukturę. To nie była chęć destrukcyjna - tak przynajmniej myślał Laurent. Naiwnie, no przecież, bo mógł zsuwać się w swojej beznadziei, ale jego naiwność zawsze bieliła rzeczywistość, a wręcz pudrowała ją różem jak lica kobiety.
Mrok wchłaniał i pochłaniał. Tak samo właśnie działał Esme. To nie Laurent wpadł do studni. To studnia pochłonęła jego.
Nie, nie uwierzyłby, że Esme nie jest taki na co dzień. Chociaż..? Tak, uwierzyłby mu, ale przełknąłby to z trudem. Wielka rzecz do przyjęcia przez niewielkie gardło. Och, well... Rowle potrafił ożywać tak samo, jak powietrze kiedy Beksa puszczał iskry ognia, żeby jego kompan mógł odpalić sobie papierosa. Jak wyglądała jego codzienność - wyjątkowo Laurent się nad tym nie zastanawiał. Wyjątkowo, słowo-klucz, bo chciał poznawać ludzi i przyglądać się im w najróżniejszych sytuacjach. Z Esme wszystko było inaczej. Wszystko było przewrócone do góry nogami... nie, nawet nie. Mówisz o chaosie, ja prawię o szaleństwie - wszystko przecinało się, było ślicznym warkoczem blond włosów ze stokrotkami i mleczami wsuniętymi między kolejne sploty. Tam się ciągle coś działo, nie było linii równych. Każda z nici Ariadny, jakie zostały nam podarowane, czymś się od siebie różniły. Ład? Nie ma ładu! Wysypisko myśli i śmietnisko uczuć, a każde z nich nadawało się do nowoprzetwórstwa. To nie było więc wywrócone do góry nogami - było ciągłą przemianą. To było wyjątkowe, bo przy Esme wyjątkowo zajmował się samym sobą. Badał siebie. Tak otwarcie, czasem wstydliwie, czasem bardziej odważnie, niekiedy bardziej bajając, bo do bajek lubił wracać, a innym razem wracając na ziemię. Esme potrafił w końcu potrząsnąć tą szklaną kulą, w której się zamykali i zamienić niebo z ziemią. Wirowały nam w powietrzu płatki śniegu, bo każda szklanka kula musiała je mieć. Nie były zimne. Nie były mokre. Wypełniały świat, w którym ciągle coś musiało się dziać.
Laurent bardzo chciał powiedzieć, że skąd - nigdy nie splamiłby siebie krwią! Że nie chciałby nikogo skrzywdzić, że władza w jego dłoniach by nikogo nie skrzywdziła, że nic złego by się nie stało. Że to tylko fascynacja i nie byłby w stanie się do niczego posunąć. Nie odpowiadał, bo to miała być tajemnica. Nie odpowiadał, ale poczuł dreszcze na całym ciele, niezdrowe, zduszone w zarodku podniecenie, które przesunęło się po jego karku i zmusiło do przesunięcia palcami po kołnierzyku. Fascynacja. Oczywiście, że to była fascynacja. Upadła chwila, bo zaraz wszystko wróci do codzienności. Zabraknie mu energii, opuści go, spojrzy na to, jak brzydki jest ten świat i zacznie puszczać bicz na własne plecy. Jak mogłeś, Laurent. Wiesz, że będzie próbował utopić człowieka? Ten sam Laurent rozważający cenę władzy? Za dużo jest zła na tym świecie, trzeba je zwalczać. Być ideałem dla innych, a kim być dla samego siebie, skoro nie widać własnego odbicia w tafli studni? To wszystko by popsuło. Niech miraż trwa. Tym razem Król Prawdy bez berła i korony chciał igrać z Fantazją i niedopowiedzeniami.
Kochał to uczucie, które go zalało. Odcięcie od świata, zupełna nicość. Embrion, który na nowo mógł spróbować zawinąć się kokonem i ocenić, czy na pewno chce zostać motylem. Nie oceniał już, czym Esme mógł różnić się od innych ludzi, przecież różnice były oczywiste - gryzły po oczach, jak gryźć mogła ta bestia z nozdrzami nawykłymi do zgnilizny i smrodu krwi i mięsa. To była wyjątkowo ciepła żelazna dziewica i ktoś zapomniał wczepić w nią te wszystkie kolce, które odprowadziłyby krew z jego chudego ciała. Jeśli tak wyglądało więzienie to było bardzo przyjemną klatką. Ale przecież Esme jak nikt inny wiedział, że nie możesz zamknąć kanarka w złocie, bo pieśń, którą zaśpiewa, już nigdy nie będzie taka sama. I nie będzie tak prawdziwa, jak prawdziwe było wszystko, co działo się teraz.
Nic się nie zmieniło, kiedy cienka błona embrionu została przekuta. Nie było krwawego porodu, żadnego krzyku, nie było płaczu i łez. Cisza i beznamiętność. Bitwa, która stoczyła się tuż pod jego palcami miała wydźwięk wielostronny. Zgrzyt - dopiero teraz zobaczył tę bramę i usłyszał pazury czegoś wielkiego i przerażającego, czegoś, czego nie powinien spotkać. To coś było po drugiej stronie... bo było, tak? Nie było wcale tu, nie zbliżało się. Nie miało tych ciemnych oczu i delikatnej twarzy mężczyzny, który przeczył swemu artyzmowi i ostawał się aż rzemieślnikiem? Jakiego kolosa wykułeś? W co się zamieniłeś i kto uderzył twój kark kijem? Ile razu opadał ten kij, zanim uległeś zniekształceniu? Kolejny dreszcz na skórze. To nie strach. A jeśli byłby strachem to strachem o to, jak wiele złego wydarzyło się Esme w tym życiu.
A jednak Bóg musiał mieć w sobie dobroć, skoro modlił się do Anioła.
Laurent rozchylił swoje wargi, one drgnęły, ale nie padła żadna odpowiedź. Tak, były rany, które nie znikały. Takie, których broczenie nie kończyło się na skórze i nie zasklepią ich eliksiry. Nie było sensu potwierdzać, zaprzeczanie było głupotą. Nie wierzył, żeby Esme miał go skrzywdzić... tak po prostu. Ta krzywda kiedyś nastanie, prędzej czy później, bo tak jak Esme nie sądził, żeby zajmował jakieś wielkie miejsce w kalejdoskopie emocji Laurenta, tak Laurent nie podejrzewał nawet, jak wiele trzęsienia zaprowadza w jestestwie Esme... i to wcale się nie starając. Bo to nie tak, że on chciał burzyć jego świat, mówił szczerze, gdy oświadczył, że nie zamierza na siłę pchać swych dłoni do obrazu, który niszczał od środka. Zmieniać, gdy nie chciało się zmian. Ale tak samo był pewien tego, jak dziwna i specyficzna więź ich łączy. Jak głęboko zakorzeniona. To korzeń na tyle rozwinięty, że pozbycie się go pogłębiłoby pustkę ciemnookiego rzemieślnika, choć w ten sposób Laurent na to nie spoglądał. Spoglądał na to z żalem, bo to była tylko z jego perspektywy kwestia ceny i kiedy Esme mógł się tą zabawą znudzić. Kiedy pył przestanie być potrzebny.
Uśmiechnął się do siebie samego słysząc słowa o tym, że tym razem potrzebował ze dwóch papierosów.
- Chcę. - Może nie chciał, może się brzydził, ale czuł, że zasługuje. Podszedł do blatu i sięgnął po zapalniczkę. Płomień błysnął między bladymi palcami i rozjarzył kraniec jakże unikalnego, niepowtarzalnego papierosa. Przed oczami stanął mu ten malutki las, piękny twór stworzony z pachnącego, suszonego tytoniu. Teraz był tylko smród. Smród, którego potrzebował, ale po który nie powinien sięgać. Nie spoglądał na Esme. Spoglądał na to miejsce, które teraz tchnęło takim spokojem... ale może to przez tego papierosa? Tak, to musiało być to. Nie. To przez ciąg wszystkich słów i wydarzeń, które tak przyjemnie upuszczały całe napięcie z ciała. Ulatywało właśnie z dymem, jak za dawnych lat, kiedy Laurent za dużo czasu spędzał na Nokturnie. Dopiero kiedy Bóg się poruszył to spokojne oczy Anioła na nowo się na nim zawiesiły. - Potrzebuję czegoś poręcznego na wzór czarodziejskich namiotów do przenoszenia istot magicznych. Z odpowiednim biomem, najlepiej każdym. I tak, myślę zarówno o transporcie istot wielkości buchorożców jak i pufków.
Jeden ruch.
Wystarczył tylko jeden ruch, ale czasem nawet ten jeden ruch niewiele potrafił zmienić.
Anioł uśmiechnął się do swego Boga, odpowiadając na jego modlitwę.