01.04.2024, 11:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2024, 11:16 przez Brenna Longbottom.)
Basilius Prewett nigdy nie wyglądał na zupełnie zdrowego, ale teraz wydawał się jakoś bardziej zmęczony – może dlatego, że Brenna ostatnio go nie widziała, może bo było lato, jak na Anglię dość ciepłe, a on prezentował się, jakby siedział zamknięty w jakiejś piwnicy, a może przez szpitalne otoczenie. Jakoś w Mungu wszystko i wszyscy zdawali się Brennie bardziej… przygnębiający.
- Ciężkie pięć minut – sprostowała beztrosko, obserwując uważnie poczynania Prewetta. – Piętnaście, jeśli liczyć próbę zgarnięcia ich wszystkich i potem wepchnięcia do cel, i znalezienia medyka dla rannego.
Smutne życie, aresztowany miał pierwszeństwo z leczeniem, bo jeszcze potem fakt, że nie dostał dość szybko pomocy medycznej, mógłby zostać wykorzystany w sądzie. A Brygadzistka przecież takich cudów nie zrobi.
– Zwykle moja praca naprawdę jest bardzo spokojna – zapewniła jeszcze, nawet nie kłamiąc, bo na pięć dni dyżurów średnio trzy były zwykłe i nudne, jeden oznaczał jakiś paskudny przypadek dla widmowidza, który zostawał w głowie, ale też był przecież spokojny, a dopiero ten piąty… piąty przynosił bardzo dziwne wydarzenia i kłopoty. Więc „zwykle” było spokojnie, prawda? Że jakimś cudem większość BUMowców nie wpakowywała się w kłopoty średnio raz na pięć dni, to nie miało znaczenia. I że te proporcje zaczynały powoli się zmieniać na korzyść wpadania w kłopoty, w miarę jak Brenna stawała się coraz śmielsza i coraz częściej wpychała nos w nieswoje sprawy, to też bez znaczenia, tak?
– Wchodzi w reakcję z eliksirem, co? – zapytała, odrobinę zaintrygowana, bo nie znała się na miksturach i tajemniczych maziach, ale nie była przecież ślepa, a nawet zdarzało się jej być na swój sposób spostrzegawczą. Nie miała pojęcia, czego używa Prewett, ani czym ją obryzgano, ale trudno było nie zauważyć, że mazi ubywa w bardzo wolnym tempie, za to przybywa jej na tych wszystkich wacikach… Mimo to Brenna siedziała bardzo grzecznie, ba, całkowicie nieruchomo, i to mimo tego, że zwykle się kręciła, gestykulowała i jeśli tylko mogła, nie tkwiła za długo w jednej pozycji. – Jasne, nie przejmuj się, póki nie wchodzimy w obszar mąk piekielnych i skóra nie zaczyna mi schodzić z ręki, będę grzeczną dziewczynką – obiecała, kiedy ostrzegł, że może trochę piec. Przyglądała się mu z pewnym namysłem, gdy sięgnął po specyfik. Wydawało się jej, czy Prewett trochę się denerwował? Brenna dokonała szybkich obliczeń w głowie i dotarło do niej wreszcie, że chyba mężczyzna dopiero został albo zaraz zostanie pełnoprawnym uzdrowicielem – prawdopodobnie do niedawna przyjmował pacjentów pod okiem bardziej doświadczonego uzdrowiciela.
– Spokojnie – powiedziała to, czego on tak bardzo nie chciał powiedzieć i uśmiechnęła się do niego. – Nie odpada, więc na razie nie jest źle, prawda?
Rzucam sobie na percepcję, pod edycję, czy zauważy, że pan uzdrowiciel nie jest spokojny
- Ciężkie pięć minut – sprostowała beztrosko, obserwując uważnie poczynania Prewetta. – Piętnaście, jeśli liczyć próbę zgarnięcia ich wszystkich i potem wepchnięcia do cel, i znalezienia medyka dla rannego.
Smutne życie, aresztowany miał pierwszeństwo z leczeniem, bo jeszcze potem fakt, że nie dostał dość szybko pomocy medycznej, mógłby zostać wykorzystany w sądzie. A Brygadzistka przecież takich cudów nie zrobi.
– Zwykle moja praca naprawdę jest bardzo spokojna – zapewniła jeszcze, nawet nie kłamiąc, bo na pięć dni dyżurów średnio trzy były zwykłe i nudne, jeden oznaczał jakiś paskudny przypadek dla widmowidza, który zostawał w głowie, ale też był przecież spokojny, a dopiero ten piąty… piąty przynosił bardzo dziwne wydarzenia i kłopoty. Więc „zwykle” było spokojnie, prawda? Że jakimś cudem większość BUMowców nie wpakowywała się w kłopoty średnio raz na pięć dni, to nie miało znaczenia. I że te proporcje zaczynały powoli się zmieniać na korzyść wpadania w kłopoty, w miarę jak Brenna stawała się coraz śmielsza i coraz częściej wpychała nos w nieswoje sprawy, to też bez znaczenia, tak?
– Wchodzi w reakcję z eliksirem, co? – zapytała, odrobinę zaintrygowana, bo nie znała się na miksturach i tajemniczych maziach, ale nie była przecież ślepa, a nawet zdarzało się jej być na swój sposób spostrzegawczą. Nie miała pojęcia, czego używa Prewett, ani czym ją obryzgano, ale trudno było nie zauważyć, że mazi ubywa w bardzo wolnym tempie, za to przybywa jej na tych wszystkich wacikach… Mimo to Brenna siedziała bardzo grzecznie, ba, całkowicie nieruchomo, i to mimo tego, że zwykle się kręciła, gestykulowała i jeśli tylko mogła, nie tkwiła za długo w jednej pozycji. – Jasne, nie przejmuj się, póki nie wchodzimy w obszar mąk piekielnych i skóra nie zaczyna mi schodzić z ręki, będę grzeczną dziewczynką – obiecała, kiedy ostrzegł, że może trochę piec. Przyglądała się mu z pewnym namysłem, gdy sięgnął po specyfik. Wydawało się jej, czy Prewett trochę się denerwował? Brenna dokonała szybkich obliczeń w głowie i dotarło do niej wreszcie, że chyba mężczyzna dopiero został albo zaraz zostanie pełnoprawnym uzdrowicielem – prawdopodobnie do niedawna przyjmował pacjentów pod okiem bardziej doświadczonego uzdrowiciela.
– Spokojnie – powiedziała to, czego on tak bardzo nie chciał powiedzieć i uśmiechnęła się do niego. – Nie odpada, więc na razie nie jest źle, prawda?
Rzucam sobie na percepcję, pod edycję, czy zauważy, że pan uzdrowiciel nie jest spokojny
Rzut Z 1d100 - 80
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.