15.12.2022, 01:08 ✶
Nie miała pojęcia, co widziała w tym miejscu. Nawet zielonego; niczym liście pojawiające się z wolna na drzewach otaczających niewielki domek. Prawdopodobnie była to zwyczajnie kolejna głupia zachcianka.
Jednak to samo mogła powiedzieć o kimkolwiek i czymkolwiek innym. Nie wiedziała, co widziała w swoim mężu i czemu jednocześnie chciała ratować tonący okręt, jakim był ich związek, a zarazem utopić Williama za jego burtą, obserwując z pokładu jak woła o pomoc. Nie mogła też jasno określić, co widziała w Moodym i czemu był jedyną osobą, której skrajna głupota nie doprowadzała Eden do szału. Gdyby wciąż jeszcze była przy zdrowych zmysłach, uznałaby tak notoryczny brak zdecydowania za martwiący.
Zamiast tego, wszystkie swoje rozterki traktowała jak zagadki logiczne. Bawiła się sama ze sobą w swojej głowie, odgrywając jednocześnie rolę oskarżyciela i adwokata, wysuwając sobie raz po raz argumenty to za, to przeciw każdej opcji. Emocje odsuwała na bok jak natarczywego szczeniaka, który chce się dobrać do twojego obiadu - widziała, że łaknęły wpłynięcia na jej osąd, ale dzielnie z nimi walczyła, kopała i popychała, byle tylko nie dopuścić ich w pobliże zdrowego rozsądku. Biedny obumierał w ich towarzystwie; przestawał uciszać wyrzuty sumienia.
Kiedy w liście Deborah przeczytała słowo zemsta, sama zaczęła się nad nią zastanawiać. Fraza przyjemnie leżała na języku, pozostawiała słodki posmak. Oczywiście nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos, wszakże uparcie twierdziła, że nie była osobą mściwą - po prostu wypadki chodziły po ludziach. Niemniej wcale nie znaczyło to, że nie rozważała jej również jako opcji dla siebie samej. Nie była tylko pewna, za co chciałaby się zemścić na mężu. Musiała mu niestety oddać, że na razie zwyczajnie odpłacał się pięknym za nadobne. Nie znosiła go za to, ale wiedziała, że się jej kompletnie należało.
W końcu usłyszała pukanie i odłożyła te myśli na bok.
- Cztery razy proponowałam jej opłacenie niani z własnej kieszeni i za każdym razem mi odmówiła. Gdyby naprawdę chciała zostawić swoje pacholęta, już dawno leżałaby elegancko spita pod stołem w tutejszej kuchni - skwitowała w odpowiedzi na nietypowe przywitanie przyjaciółki, najwyraźniej również nie chcąc optować w klasyczne cześć czy nawet dzień dobry. W końcu nie miały czasu do stracenia, po co bawić się w konwenanse. - Jeśli zapyta, powiem, że tak mnie wyściskałaś, że po wszystkim trzeba było mnie reanimować. Rozgość się. - Skinęła głową w kierunku części służącej za salon, w której znajdowała się duża kanapa. Nowy nabytek, przytargany przez ekipę dziś rano. Jeszcze nie wysiedziana, prawdziwy rarytas.
- Napijesz się czegoś? Jest tu zadziwiająco dużo cydru - oświadczyła, wskazując na porozstawiane gdzieniegdzie skrzynki pełne wspomnianego trunku. - Oczywiście wzięłam ze sobą też jakieś lepsze wino, nie jestem jakimś troglodytą. Niemniej wybór jest twój. - W tym momencie na stoliku przed kanapą postawiła i kieliszek, i wspomnianą butelkę czerwonego wina, lecz nie nalała nic Burke, bo nadal nie wiedziała, czego będzie wolała się napić. Po odbębnieniu minimum serwisu opadła na kanapę, założyła nogę na nogę, a ramiona rozpostarła wzdłuż oparcia, uroczyście gotowa knuć coś niedobrego.
- A więc kto zasłużył sobie tym razem na twój gniew, Debbie? Mogę zgadywać? - Zagaiła z uśmiechem, wyraźnie podekscytowana dramatem przyjaciółki. Eden czasami bywała niebywale małostkowa - do szczęścia potrzebowała tylko cudzych problemów oraz możliwości zaangażowania się w nie. Wtedy zapominała o swoich i jakoś życie zdawało się lżejsze.
Jednak to samo mogła powiedzieć o kimkolwiek i czymkolwiek innym. Nie wiedziała, co widziała w swoim mężu i czemu jednocześnie chciała ratować tonący okręt, jakim był ich związek, a zarazem utopić Williama za jego burtą, obserwując z pokładu jak woła o pomoc. Nie mogła też jasno określić, co widziała w Moodym i czemu był jedyną osobą, której skrajna głupota nie doprowadzała Eden do szału. Gdyby wciąż jeszcze była przy zdrowych zmysłach, uznałaby tak notoryczny brak zdecydowania za martwiący.
Zamiast tego, wszystkie swoje rozterki traktowała jak zagadki logiczne. Bawiła się sama ze sobą w swojej głowie, odgrywając jednocześnie rolę oskarżyciela i adwokata, wysuwając sobie raz po raz argumenty to za, to przeciw każdej opcji. Emocje odsuwała na bok jak natarczywego szczeniaka, który chce się dobrać do twojego obiadu - widziała, że łaknęły wpłynięcia na jej osąd, ale dzielnie z nimi walczyła, kopała i popychała, byle tylko nie dopuścić ich w pobliże zdrowego rozsądku. Biedny obumierał w ich towarzystwie; przestawał uciszać wyrzuty sumienia.
Kiedy w liście Deborah przeczytała słowo zemsta, sama zaczęła się nad nią zastanawiać. Fraza przyjemnie leżała na języku, pozostawiała słodki posmak. Oczywiście nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos, wszakże uparcie twierdziła, że nie była osobą mściwą - po prostu wypadki chodziły po ludziach. Niemniej wcale nie znaczyło to, że nie rozważała jej również jako opcji dla siebie samej. Nie była tylko pewna, za co chciałaby się zemścić na mężu. Musiała mu niestety oddać, że na razie zwyczajnie odpłacał się pięknym za nadobne. Nie znosiła go za to, ale wiedziała, że się jej kompletnie należało.
W końcu usłyszała pukanie i odłożyła te myśli na bok.
- Cztery razy proponowałam jej opłacenie niani z własnej kieszeni i za każdym razem mi odmówiła. Gdyby naprawdę chciała zostawić swoje pacholęta, już dawno leżałaby elegancko spita pod stołem w tutejszej kuchni - skwitowała w odpowiedzi na nietypowe przywitanie przyjaciółki, najwyraźniej również nie chcąc optować w klasyczne cześć czy nawet dzień dobry. W końcu nie miały czasu do stracenia, po co bawić się w konwenanse. - Jeśli zapyta, powiem, że tak mnie wyściskałaś, że po wszystkim trzeba było mnie reanimować. Rozgość się. - Skinęła głową w kierunku części służącej za salon, w której znajdowała się duża kanapa. Nowy nabytek, przytargany przez ekipę dziś rano. Jeszcze nie wysiedziana, prawdziwy rarytas.
- Napijesz się czegoś? Jest tu zadziwiająco dużo cydru - oświadczyła, wskazując na porozstawiane gdzieniegdzie skrzynki pełne wspomnianego trunku. - Oczywiście wzięłam ze sobą też jakieś lepsze wino, nie jestem jakimś troglodytą. Niemniej wybór jest twój. - W tym momencie na stoliku przed kanapą postawiła i kieliszek, i wspomnianą butelkę czerwonego wina, lecz nie nalała nic Burke, bo nadal nie wiedziała, czego będzie wolała się napić. Po odbębnieniu minimum serwisu opadła na kanapę, założyła nogę na nogę, a ramiona rozpostarła wzdłuż oparcia, uroczyście gotowa knuć coś niedobrego.
- A więc kto zasłużył sobie tym razem na twój gniew, Debbie? Mogę zgadywać? - Zagaiła z uśmiechem, wyraźnie podekscytowana dramatem przyjaciółki. Eden czasami bywała niebywale małostkowa - do szczęścia potrzebowała tylko cudzych problemów oraz możliwości zaangażowania się w nie. Wtedy zapominała o swoich i jakoś życie zdawało się lżejsze.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~