01.04.2024, 14:24 ✶
Ileż by dał, żeby poczuć jej łaskoczące wibrysy na swojej skórze, ileż by dał by móc dziobem przeczyścić lotki po wspólnym locie. Oczywiście kontakt z animagami był przyjemną zabawą, bliższą zabawom, którym oddawał się w Kniei, aby nie czuć osamotnienia, aby dać zaspokoić sobie potrzebę życia we wspólnocie.
Ale chimera... To było coś innego, to było zdecydowanie coś bardziej. Na pograniczu, najdalej jak się dało, gdzie ciało płynnie przechodziło z jednej formy w kolejną i mogło zatrzymać ten proces na każdym etapie. Formy przenikały się, pozostawiając uwolnionego ducha, połączonego magią z naturą. U niego za bardzo. Tak przynajmniej to interpretował, nieświadom, że klątwa żywiołów była akurat spadkiem po ojcu, w którego żyłach płynęła czarna jak smoła krew.
– Ja... ja nie wiem, jak ich jest za dużo, nie ważne jakich nie ważne, czy dobrych czy złych... – oddech miał coraz płytszy, serce waliło mu teraz choć nie ze strachu a z ekscytacji nową sytuacją, niemym, choć bardzo jednoznacznym, natychmiastowym zaangażowaniem w zrozumieniu z kim ma do czynienia. – Nie mam pojęcia o kim mówisz, ale nie potrzebuję rysunków teraz, kiedy wiem, że nie jestem sam. – Nufczył wciąż przy jej uchu, omiatał długą szyję w barwie kawy z mlekiem ciepłym oddechem.
Miał świadomość, że zaraz będzie za późno, że rozsadzane szczęściem serce w każdej chwili będzie mogło rozsadzić stare zszarzałe grobowce symfonią zieleni i kwiecia. Nie miał czasu do stracenia, a jeden sposób, zawsze ten sam sposób, pozostawał dobrym wybiegiem, zwłaszcza teraz gdy wiedziała... Wpierw załaskotały ją wąsiki, dreszcze wzbudził chłodny, wilgotny nos. Aby zachować wysokość, aby nie odsuwać od niej swojego wysadzanego zmysłami łba przysiadł na zadzie. W całości przywdział na siebie brunatne futro pachnące piżmem i mchem. Ciężki łeb oparł delikatnie na kobiecym ramieniu, z gardzieli dobył się dudniący, acz bardzo zadowolony pomruk uspokojonej duszy.
Ale chimera... To było coś innego, to było zdecydowanie coś bardziej. Na pograniczu, najdalej jak się dało, gdzie ciało płynnie przechodziło z jednej formy w kolejną i mogło zatrzymać ten proces na każdym etapie. Formy przenikały się, pozostawiając uwolnionego ducha, połączonego magią z naturą. U niego za bardzo. Tak przynajmniej to interpretował, nieświadom, że klątwa żywiołów była akurat spadkiem po ojcu, w którego żyłach płynęła czarna jak smoła krew.
– Ja... ja nie wiem, jak ich jest za dużo, nie ważne jakich nie ważne, czy dobrych czy złych... – oddech miał coraz płytszy, serce waliło mu teraz choć nie ze strachu a z ekscytacji nową sytuacją, niemym, choć bardzo jednoznacznym, natychmiastowym zaangażowaniem w zrozumieniu z kim ma do czynienia. – Nie mam pojęcia o kim mówisz, ale nie potrzebuję rysunków teraz, kiedy wiem, że nie jestem sam. – Nufczył wciąż przy jej uchu, omiatał długą szyję w barwie kawy z mlekiem ciepłym oddechem.
Miał świadomość, że zaraz będzie za późno, że rozsadzane szczęściem serce w każdej chwili będzie mogło rozsadzić stare zszarzałe grobowce symfonią zieleni i kwiecia. Nie miał czasu do stracenia, a jeden sposób, zawsze ten sam sposób, pozostawał dobrym wybiegiem, zwłaszcza teraz gdy wiedziała... Wpierw załaskotały ją wąsiki, dreszcze wzbudził chłodny, wilgotny nos. Aby zachować wysokość, aby nie odsuwać od niej swojego wysadzanego zmysłami łba przysiadł na zadzie. W całości przywdział na siebie brunatne futro pachnące piżmem i mchem. Ciężki łeb oparł delikatnie na kobiecym ramieniu, z gardzieli dobył się dudniący, acz bardzo zadowolony pomruk uspokojonej duszy.