Nie łudził się nawet, że wredny dzieciak przejął się ich wspólną obroną. Wręcz przeciwnie. Felician ani trochę nie czuł, by ten jakkolwiek żałował przyatakowania ich swoimi docinkami. A szkoda. Nie liczył na jakiś wielki efekt, ale może chociażby brak słów. Choć najchętniej chyba widziałby go zapłakanego w biegu do opiekuna Domu... Choć może lepiej nie, ale to nadal brzmiało jak gra warta świeczki.
Zerknął na Brennę i prychnął cicho na jej odpowiedź. Nie był pewien, czy to miał być żart czy jakiś rodzaj poprawienia humoru, ale nie czuł się ani trochę przekonany. Udawanie, że ten by sobie nie poradził może i przyjemne, ale jednocześnie głupio nierealistyczne. I ta świadomość gryzła najbardziej.
— Więc mogłabyś go tak zostawić. Skoro jest taki mądry, to niech sam sobie poradzi — odparł, zaplatając ręce na piersi. Ciężko było powiedzieć, czy mówił poważnie i faktycznie zostawiłby chłopaka na pastwę losu, łaski i niełaski woźnego czy innego przechodnia. Na pewno z całym przekonaniem by temu teraz przytaknął.
Znowu zerknął na Brennę, kiedy zadała pytanie. Musiał się przez chwilę zastanowić, bo sam nie był pewien, jak miałby określić tę znajomość. Tę i w zasadzie wiele innych.
— Złośliwy jak wszyscy. — Wzruszył ostatecznie ramionami. Może nie powinien tak mówić, ale tendencja do uogólniania mas ludzkich zakorzeniała się w nim coraz mocniej i miała ku temu sporo nieciekawych powodów. — Nie dziwię się... — wtrącił na jej nową teorię, a zaraz znowu się zawiesił, kiedy padła propozycja. Zupełnie nie spodziewał się takiej otrzymać, przez moment nawet zastanawiał się, czy dziewczyna nie robi sobie z niego żartów albo pyta dla samego gadania. A gadać to sobie lubiła, musiał to przyznać. — Em, chyba na kolację... Znaczy, no, tak, idę — odparł, w myślach już nienawidząc tego ułomnie złożonego zdania.
Poczekał jeszcze moment, spodziewając się, że Brenna ruszy przodem, ale w końcu sam też poszedł w stronę Wielkiej Sali.