01.04.2024, 16:21 ✶
– Wsadź se kurwa! – karty które pozostawały jej w ręku, z impetem upadły na blat. Czarnowłosa, blada jak śmierć kobieta miała twarz wykrzywioną w udawanym gniewie. Gdyby tak ją porządnie uczesać, umalować, pociągnąć usta czerwienią i zmusić do założenia sukienki, z pewnością nie mogłaby się opędzić od zalotników. Ach, niezbędnym jeszcze było zasznurowanie jej ust, lub odebranie głosu w jakikolwiek mniej inwazyjny sposób. Chociaż nie... zębami też mogłaby kąsać.
Przegrana sprawa.
– Pierdole te Twoje gry – to nie była do końca prawda, bo Mills za każdym razem gdy widziała się ze swoją słodką kuzynką Ambrozją, to sama wychodziła z inicjatywą tych rozgrywek każdorazowo domagając się jakiejś formy wygranej w razie wygranej. Zaskakujące, zważywszy na fakt jak często potem przegrywała. – Nie wierzę, że ktokolwiek jest w stanie z Tobą w to wygrać, skoro sama ułożyłaś te jebane zasady. Ha! Wiem! Następnym razem wezmę swoją talię, bo Twoja kurwa ściemnia i pewnie pod stołem zmieniasz ustawienia deku! – zupełnie bezpodstawne oskarżenia były elementem zakończenia rozgrywki. W końcu Mills wypuściła z siebie parę i opadła na blat waląc czołem w jego chłodną powierzchnię.
– Dobra, no zajmę się tym pierdolonym pierdzącym dropsami wszarzem. – westchnęła ciężko i pewnie jej oczy odwiedziły drugą stronę czaszki rolując się wewnątrz oczodołów. – Dobrze, że to nie jest na Beltane bo mam robotę przy kwiatowych waginach nadziewanych na twarde pale... – Wielka Impreza Płodności, na której nie można było pić. Bez sensu. Dźwignęła się i położyła podbródek na drobnej dłoni, osadziwszy ponownie znudzone samą wizją obstawiania sabatu złociste oczy w swojej rozmówczyni. – Wybierasz się w ogóle do Kniei? Z tym swoim... kimś? – w sumie nie pamiętała czy kuzynka kogoś miała. Była jednak olśniewająco piękna, na pewno ktoś wokół niej się kręcił. Albo kilka ktosiów...
Przegrana sprawa.
– Pierdole te Twoje gry – to nie była do końca prawda, bo Mills za każdym razem gdy widziała się ze swoją słodką kuzynką Ambrozją, to sama wychodziła z inicjatywą tych rozgrywek każdorazowo domagając się jakiejś formy wygranej w razie wygranej. Zaskakujące, zważywszy na fakt jak często potem przegrywała. – Nie wierzę, że ktokolwiek jest w stanie z Tobą w to wygrać, skoro sama ułożyłaś te jebane zasady. Ha! Wiem! Następnym razem wezmę swoją talię, bo Twoja kurwa ściemnia i pewnie pod stołem zmieniasz ustawienia deku! – zupełnie bezpodstawne oskarżenia były elementem zakończenia rozgrywki. W końcu Mills wypuściła z siebie parę i opadła na blat waląc czołem w jego chłodną powierzchnię.
– Dobra, no zajmę się tym pierdolonym pierdzącym dropsami wszarzem. – westchnęła ciężko i pewnie jej oczy odwiedziły drugą stronę czaszki rolując się wewnątrz oczodołów. – Dobrze, że to nie jest na Beltane bo mam robotę przy kwiatowych waginach nadziewanych na twarde pale... – Wielka Impreza Płodności, na której nie można było pić. Bez sensu. Dźwignęła się i położyła podbródek na drobnej dłoni, osadziwszy ponownie znudzone samą wizją obstawiania sabatu złociste oczy w swojej rozmówczyni. – Wybierasz się w ogóle do Kniei? Z tym swoim... kimś? – w sumie nie pamiętała czy kuzynka kogoś miała. Była jednak olśniewająco piękna, na pewno ktoś wokół niej się kręcił. Albo kilka ktosiów...