Na ustach chłopaka widniał cyniczny uśmiech, taki charakterystyczny dla jego postawy. Od zawsze odznaczał się tym, że nie przepadał za ludźmi. Nawet jeśli zbliżał się do dwudziestki nie wyzbył się tej swojej ślizgońskiej natury. Brenna zdawała sobie sprawę, że postawa chłopaka jest tylko grą pozorów, ale Vincent nigdy nie chciał wyjść ze swojej roli. Wolał udawać, że jest podłym, wrednym i groźnym Prewettem. Z Salazarem Slytherinem zapewne łączył go bystry umysł i ambicje, ale poglądy raczej miał dalekie od tych, które prezentował jego dom.
Uniósł brew ku górze, gdy wspomniała o smyczy. Zdecydowanie nie lubił tego, że jego brat maczał palce w jego ożenek, ale nic nie mógł z tym zrobić. Edward był upartym bucem i żadne argumenty do niego nie przemawiały. Czasami miał wrażenie, że prędzej uda mu się przekonać ścianę, aby się przesunęła niż wybić Edwardowi pomysł na szukanie mu żony. Nikt tego nie widział, nikt nie zaglądał za drzwi relacji tych dwóch braci. Braci z taką różnicą wieku między nimi, że czasami można było pomylić Vinca z synem Edwarda. Nazwiska się zgadzały, geny również, prawda?
– Nikt mnie na niczym nie trzymał, Paskudo – prychnął – Stwierdziłem, że to dobry moment wyrwać się, zaczerpnąć świeżego powietrza i zajarać – mówiąc to wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę fajek, jeden z papierosów wcisnął w usta i odpalił końcem różdżki. Lekko przekrzywił głowę przyglądając się dziewczynie i podsunął jej paczkę chcąc ją poczęstować. Wiedział, że ona nie weźmie papierosa, ale zawsze przy byle okazji ją częstował. – Jak na Brenne Longbottom ładnie dzisiaj wyglądasz – dodał mijając ją i opierając się pośladkami o krawędź fontanny.
Jego wyraz twarzy nic się nie zmienił, gdy dziewczyna wpadła w słowotok po jego niecnym czynie rozczochrania jej włosów. Nadal był cyniczny oraz delikatnie drwiący. Przyglądał się jej nie wzruszony nie zamierzając się póki co ruszać z miejsca. Powoli wyciągnął papierosa z ust i wypuścił z nich dym wprost na dziewczynę. Nadal był gówniakiem, nadal udawał człowieka bez manier. Dopiero później nauczy się tego, aby nikomu nie dmuchać dymem w twarz. Bawiła go reakcja dziewczyny. Nie bał się jej matki, nie bał się nikogo, prawda?
– Oh, Paskudo zamknij się i wyluzuj – wcisnął papierosa w usta i zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu pasty do włosów. Nie była to jakaś dobra firma, ale Vinc nie przykładał wagi do kosmetyków. Sam miał długie włosy i czasami zdarzało mu się jego własne włosy zaczesywać do tyłu, aby mu nie przeszkadzały. Rzucił w jej stronę małe pudełko. – Nie panikuj. – puścił do niej oko – Chodź, pokaże ci coś – złapał jej dłoń bez ostrzeżenia i ruszył w głąb ogrodu ciągnąc ją za sobą dosyć nieostrożnie. – Zrobiłem taktyczny odwrót, bo mój brat znowu szuka mi żony. Wziął sobie za punkt honoru spełnienie woli naszego ojca, który czeka na ślub ostatniego syna, bla bla bla. Myślałem, że Longbottomowie nie przepadają za naszą rodziną. Nie wymiksowaliście się z tej imprezy? – zagadnął nie zatrzymując się i ignorując jakiekolwiek próby powstrzymania go przed zatrzymaniem się.
Po kilku minutach dotarli do linii drzew ogradzających piękny ogród od ciemnego lasu. Odrzucił niedopałek papierosa zdeptując go i wciskając się z Brenną w las. Starał się teraz iść ostrożniej, aby nie zniszczyć kreacji dziewczyny. Wiedział, że te wszystkie stroje kobiet były drogie, więc gdzieś już miał jakiś zalążek odpowiedzialności w swojej głowie. W końcu dotarli do małego oczka wodnego otoczonego latarniami, nad nim unosiły się małe, świecące robaczki. Była tu huśtawka, która wisiała w tym miejscu od wieków. Pewnie pamiętała jeszcze małego Edzia.