01.04.2024, 19:42 ✶
– Czy ja wiem? To nie nasza zasługa, po prostu wszystko działo się eee… bardzo szybko. Może jutro przeczytasz o tym w gazecie. Dwóch gości coś ukradło, dwóch gości ich goniło, zaczęli rzucać w siebie zaklęcia akurat w chwili, gdy dobiegliśmy na miejsce… – zrelacjonowała, bardzo, bardzo się starając, aby przy tym nie gestykulować (oczywiście nie tą ręką, którą oglądał Basilius, ale tą drugą też próbowała nie poruszać, co wcale nie było łatwe).
Posłała mu iście promienny uśmiech na jego spojrzenie pełne powątpiewania. Jakby doskonale wiedziała, co sobie pomyślał (nie wiedziała, ale mogła się domyślać, dostawała na ten temat dość komentarzy), ale starała się całą sobą pokazać, że tak naprawdę to Absolutnie Nie Ma Pojęcia O Co Chodzi.
– Na razie się nie martwię – powiedziała. – Zacznę się martwić, jeśli tej mazi będzie przybywać i przybywać i spróbuje nas atakować albo wrośnie mi w skórę czy coś takiego – oświadczyła, być może mogąc sobie pozwolić na tak lekki ton głównie dlatego, że wyglądało na to, że Prewett jednak powoli zaczynał wygrywać z tą całą zielonkawą substancją i jednak scenariusz pt. Zielona Maź Atakuje! – im na razie nie groził. – Och, macie tu taki? Muszę pamiętać, żeby być milsza dla uzdrowicieli. I nigdy nie denerwować mojej kuzynki i Cedrica Lupina – stwierdziła Brenna, niepewna trochę, czy naprawdę mają taką miksturę, czy miała to być forma żartu. Jej kuzynka była w tej chwili w Akademii Munga, ale dopiero skończyła pierwszy rok, podobnie zresztą jak sam Cedrick, o ile więc Bren mogła skorzystać z ich pomocy przy jakichś skaleczeniach (chociaż te zwykle po prostu ignorowała, mówiąc szczerze), to już w takich przypadkach jak ten nie wchodziło to za bardzo w grę.
– Mogę sobie wyobrazić, sama kiedyś tutaj transportowałam jednego gościa, który ucierpiał w wyniku rodzinnej kłótni… Słyszałam też o kimś, komu klątwa rodzinnego grobowca zamieniła nogi w kalarepę. Właścicielka tego grobowca musiała mieć bardzo specyficzne poczucie humoru, prawda? – powiedziała, a potem skinęła głową na pytanie, czy wszystko dobrze. Było na pewno lepiej niż parę chwil temu, bo już nie krwawiła, a zielona maź znikła. Może nie było jeszcze dobrze „wszystko”, bo ludzie nie powinni mieć na ciele wielu dziwnych, czarnych plam, ale to akurat Basilius jako uzdrowiciel na pewno doskonale wiedział…
Kiedy plamy zamieniły kolor na srebrny, Brenna poruszyła wreszcie ręką, aby dokładniej się im przyjrzeć.
– Hm… jeśli ma mi tak zostać, nie dałoby się na złoto? – zapytała. – Wiesz, byłoby bardziej patriotycznie. Srebro jest trochę ślizgońskie, a ja jednak przy stole Ślizgonów siadałam tylko podczas śniadań.
Posłała mu iście promienny uśmiech na jego spojrzenie pełne powątpiewania. Jakby doskonale wiedziała, co sobie pomyślał (nie wiedziała, ale mogła się domyślać, dostawała na ten temat dość komentarzy), ale starała się całą sobą pokazać, że tak naprawdę to Absolutnie Nie Ma Pojęcia O Co Chodzi.
– Na razie się nie martwię – powiedziała. – Zacznę się martwić, jeśli tej mazi będzie przybywać i przybywać i spróbuje nas atakować albo wrośnie mi w skórę czy coś takiego – oświadczyła, być może mogąc sobie pozwolić na tak lekki ton głównie dlatego, że wyglądało na to, że Prewett jednak powoli zaczynał wygrywać z tą całą zielonkawą substancją i jednak scenariusz pt. Zielona Maź Atakuje! – im na razie nie groził. – Och, macie tu taki? Muszę pamiętać, żeby być milsza dla uzdrowicieli. I nigdy nie denerwować mojej kuzynki i Cedrica Lupina – stwierdziła Brenna, niepewna trochę, czy naprawdę mają taką miksturę, czy miała to być forma żartu. Jej kuzynka była w tej chwili w Akademii Munga, ale dopiero skończyła pierwszy rok, podobnie zresztą jak sam Cedrick, o ile więc Bren mogła skorzystać z ich pomocy przy jakichś skaleczeniach (chociaż te zwykle po prostu ignorowała, mówiąc szczerze), to już w takich przypadkach jak ten nie wchodziło to za bardzo w grę.
– Mogę sobie wyobrazić, sama kiedyś tutaj transportowałam jednego gościa, który ucierpiał w wyniku rodzinnej kłótni… Słyszałam też o kimś, komu klątwa rodzinnego grobowca zamieniła nogi w kalarepę. Właścicielka tego grobowca musiała mieć bardzo specyficzne poczucie humoru, prawda? – powiedziała, a potem skinęła głową na pytanie, czy wszystko dobrze. Było na pewno lepiej niż parę chwil temu, bo już nie krwawiła, a zielona maź znikła. Może nie było jeszcze dobrze „wszystko”, bo ludzie nie powinni mieć na ciele wielu dziwnych, czarnych plam, ale to akurat Basilius jako uzdrowiciel na pewno doskonale wiedział…
Kiedy plamy zamieniły kolor na srebrny, Brenna poruszyła wreszcie ręką, aby dokładniej się im przyjrzeć.
– Hm… jeśli ma mi tak zostać, nie dałoby się na złoto? – zapytała. – Wiesz, byłoby bardziej patriotycznie. Srebro jest trochę ślizgońskie, a ja jednak przy stole Ślizgonów siadałam tylko podczas śniadań.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.