01.04.2024, 21:55 ✶
Odwrócił się w kierunku Lysandra zbierającego się do drogi, a widząc go niemalże jedną nogą poza progiem własnego domu, z koszykiem w ręku i słonecznym uśmiechem na ustach, sam parsknął śmiechem, porzucając noże i w dwóch sprężystych krokach zbliżając się do drobniejszego od siebie mężczyzny. Jego palce od razu powędrowały do krzywo zapiętych guzików, rozpinając je w skupieniu, mimo że stali tuż przy już otwartych drzwiach.
– Wszyscy wiedzą, żeś jest artystą Lysandrze. Nie musisz światu tego oznajmiać własnym ubraniem. – Strofował go w rozbawieniu, w lekkości pretekstu, który pojawił się do tego by móc w pewnym oddaleniu od pozostałych przywitać się i pożegnać w tej samej minucie. Dłonie przebyły drogę ku dołowi, by zacząć raz jeszcze na powrót wracać do góry, tym razem ustawiając tak barwne kółeczka adekwatnie do właściwej obszytej białą nicią dziurki. Guzik pod kołnierzem pozostawił odpięty dla komfortu mężczyzny, a potem dłonie zsunął po obojczykach tak, by ująć oba lekko zapadnięte policzki i spojrzeć w oczy gospodarza.
– Dobrze, że babcia nie zostawiła Ci czerwonego kubraka z kapturem, bo bałbym się, że w drodze napadną Cię wilki. – powiedział z troskliwością, zarezerwowaną głównie dla zwierząt i mieszkańców tego domu. Szorstkimi kciukami pogładził symetrycznie linie kości policzkowej, po czym pochylił się ku Lysandrowi i ucałował gładkie czoło. Na pomyślność wyprawy, na to by nie zapomniał w niej głowy.
– Będziemy czekać na Ciebie, uważaj na siebie Motylu. – dodał, pochylając się i delikatnie muskając wargami jego usta, tak dla lepszej motywacji, tak by wrócił jak najszybciej. – Potrzebuję Cię tutaj... – dodał szeptem, siląc się na uśmiech, choć ten nie sięgał lekko zeszklonych oczu.
Gdy Samuel wrócił, zdawał się być nieobecny myślami, zapatrzony w leżące na stole, pozostawione przez siebie ostrza. Umysł mu ciążył, zbierało mu się na kichanie po wczorajszym siedzeniu na burzy, ale powstrzymał odruch.
– Neil wolisz obierać jabłka czy kroić? – zapytał nie odwracając głowy, głucho, jakby mówił to co powinien powiedzieć, choć wcale a wcale o tym nie myślał. Zamiast jabłek, miał ochotę zatopić ostrze w miękkim drewnie. Znaleźć w nim odpowiedź na dręczące dusze pytania. Zrozumieć co się działo, bez konieczności rozmowy, w samym akcie niespiesznej destrukcji, z której finalnie wyłaniało się... coż. Zwykle zwierze, rzeźbił wszak to co chciał. Teraz jednak czuł pod skórą, w głębi własnego kośćca, że jeśli znajdzie odpowiednią kłodę, nada jej inny kształt. Formował mu się niespiesznie podpowiekami. Jeszcze był czas.
– Bo mi to jest obojętne. – Chwycił koziki, oszczędzając je już dalej osełce i podszedł do rozmawiających, którzy pozostali w chacie. – Żeby to miało sens, musimy obrobić dzisiaj, chociaż z 50 kilo. Jesteście gotowi?
– Wszyscy wiedzą, żeś jest artystą Lysandrze. Nie musisz światu tego oznajmiać własnym ubraniem. – Strofował go w rozbawieniu, w lekkości pretekstu, który pojawił się do tego by móc w pewnym oddaleniu od pozostałych przywitać się i pożegnać w tej samej minucie. Dłonie przebyły drogę ku dołowi, by zacząć raz jeszcze na powrót wracać do góry, tym razem ustawiając tak barwne kółeczka adekwatnie do właściwej obszytej białą nicią dziurki. Guzik pod kołnierzem pozostawił odpięty dla komfortu mężczyzny, a potem dłonie zsunął po obojczykach tak, by ująć oba lekko zapadnięte policzki i spojrzeć w oczy gospodarza.
– Dobrze, że babcia nie zostawiła Ci czerwonego kubraka z kapturem, bo bałbym się, że w drodze napadną Cię wilki. – powiedział z troskliwością, zarezerwowaną głównie dla zwierząt i mieszkańców tego domu. Szorstkimi kciukami pogładził symetrycznie linie kości policzkowej, po czym pochylił się ku Lysandrowi i ucałował gładkie czoło. Na pomyślność wyprawy, na to by nie zapomniał w niej głowy.
– Będziemy czekać na Ciebie, uważaj na siebie Motylu. – dodał, pochylając się i delikatnie muskając wargami jego usta, tak dla lepszej motywacji, tak by wrócił jak najszybciej. – Potrzebuję Cię tutaj... – dodał szeptem, siląc się na uśmiech, choć ten nie sięgał lekko zeszklonych oczu.
Gdy Samuel wrócił, zdawał się być nieobecny myślami, zapatrzony w leżące na stole, pozostawione przez siebie ostrza. Umysł mu ciążył, zbierało mu się na kichanie po wczorajszym siedzeniu na burzy, ale powstrzymał odruch.
– Neil wolisz obierać jabłka czy kroić? – zapytał nie odwracając głowy, głucho, jakby mówił to co powinien powiedzieć, choć wcale a wcale o tym nie myślał. Zamiast jabłek, miał ochotę zatopić ostrze w miękkim drewnie. Znaleźć w nim odpowiedź na dręczące dusze pytania. Zrozumieć co się działo, bez konieczności rozmowy, w samym akcie niespiesznej destrukcji, z której finalnie wyłaniało się... coż. Zwykle zwierze, rzeźbił wszak to co chciał. Teraz jednak czuł pod skórą, w głębi własnego kośćca, że jeśli znajdzie odpowiednią kłodę, nada jej inny kształt. Formował mu się niespiesznie podpowiekami. Jeszcze był czas.
– Bo mi to jest obojętne. – Chwycił koziki, oszczędzając je już dalej osełce i podszedł do rozmawiających, którzy pozostali w chacie. – Żeby to miało sens, musimy obrobić dzisiaj, chociaż z 50 kilo. Jesteście gotowi?