02.04.2024, 01:05 ✶
Erik rozmawia z Norą, Bren, Thomasem i Morfeuszem.
Erik zbiera część naczyń ze stołu i oddala się w stronę posiadłości.
Po powrocie do Warowni kieruje się w stronę domowej biblioteki.
— To błąd — odparł automatycznie, uśmiechając się przekornie do blondynki. — Ale jak wolisz. Przecież do niczego cię nie jestem w stanie zmusić.
Nie znosił się z nią kłócić, jednak bywały takie momenty, gdy było to niebywale satysfakcjonujące. Jak to zwykł mawiać: ludzie mieli maski. A każdy czasem był wredny. Każdy czasem pozwalał sobie na te kilka słów za dużo, aby dać upust skrytym w głębi emocjom. Może nie zaczepiałby jej w ten sposób, gdyby miał więcej energii. Niestety, trafili na siebie w najgorszym możliwym momencie, gdy oboje dochodzili po siebie po tej cudownej nocy. A czasem nawet najlepsi przyjaciele nie byli się w stanie znieść w swoim najgorszym wydaniu.
— Nieważne — westchnął ciężko, gdy Samuel postanowił odejść od stołu, aby po chwilę zniknąć w pobliskiej gęstwinie. — Już ja ci pomogę i przy okazji zapalę w kuchni. — Skinął głową Brennie, licząc, że ta nie będzie się kłócić. —I tak muszę wrócić zaraz do środka. Może uda mi się złapać, chociaż kilka minut snu, zanim będę musiał zacząć się zbierać na ceremonię. W razie czego będę w czytelni.
Odsunął od siebie talerz z niedokończonym posiłkiem, po czym zaczął zbierać z sąsiednich miejsc opróżnioną zastawę, wszelkie noże, widelce i łyżeczki układając na samym wierzchu utworzonej w ten sposób wieżyczki. Kiedy uzmysłowił sobie, że nie będzie w stanie zabrać wszystkiego naraz, część naczyń pozostawił Brennie, w tym też wszelkie talerzyki i filiżanki, jakie mogła wykorzystać Nora.
— Zobaczymy się przed wyjściem. — Skinął głową Morfeuszowi i Thomasowi, aby Norę zaszczycić spojrzeniem dopiero na końcu. — Eleonoro.
Wbił w nią pełne zadumy spojrzenie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ze stertą zabrudzonych naczyń z powrotem do Warowni. Cóż, koniec końców był tylko człowiekiem i jak każdy człowiek miewał swoje humory. Może powinien być dla niej milszy; bądź co bądź, oboje byli ofiarami rytuału miłosnego z Beltane, a na domiar złego wplątali w to wszystko jeszcze Kanclerza Skarbu. Biedny Elliot... Czyż nie wspominał o tym, że miał ostatnio dużo roboty.
Cóż, ta noc raczej nie należała w jego przypadku do tych z rodzaju przespanych, pomyślał z przekąsem, irytując się na samą myśl. Może bogini jednak go pobłogosławiła i przygotowanie Perseusza do ślubu zajęło im całą noc? Nie musiał kotłować się w łóżku, jak i walczyć z konsekwencjami rytuału wywołanymi przez pannę Figg. Bądź co bądź, młody Black potrafił być bardzo zajmujący, gdy działo się coś ekscytującego. Byłoby to jakieś pocieszenie. Niewielkie, bo niewielkie, ale jednak. Parę minut później był już w domowej kuchni.
— Ten dzień robi się coraz lepszy — mruknął, odstawiając naczynia do pustego zlewu, starając się nie zburzyć konstrukcji.
Rozejrzał się na prawo i lewo, chłonąc przez chwilę ciszę panującą w rezydencji. Jeśli ktoś ze starszych członków rodziny już nie spał, to zapewne zaszył się po drugiej stronie posiadłości. Było tu spokojnie. Aż dziwnie, pomyślał Longbottom, sięgając po paczkę papierosów leżących na parapecie. Obracał ją przez chwilę w dłoniach, po czym odstawił na miejsce.
Chociaż fajki przynosiły czasem ukojenia, tak odnosił wrażenie, że teraz potrzebował czegoś innego niż dymu papierosowego w swoich płucach. Czegoś takiego jak... lektury. Tak, zaszyje się w bibliotece, spróbuje poczytać i może prześpi się ten kwadrans lub dwa. W końcu ile potem zajmie mu wbicie się w garnitur? Toż to parę minut! Jak pomyślał, tak też zrobił i niedługo później zniknął w trzewiach rodowej posiadłości.
Erik zbiera część naczyń ze stołu i oddala się w stronę posiadłości.
Po powrocie do Warowni kieruje się w stronę domowej biblioteki.
— To błąd — odparł automatycznie, uśmiechając się przekornie do blondynki. — Ale jak wolisz. Przecież do niczego cię nie jestem w stanie zmusić.
Nie znosił się z nią kłócić, jednak bywały takie momenty, gdy było to niebywale satysfakcjonujące. Jak to zwykł mawiać: ludzie mieli maski. A każdy czasem był wredny. Każdy czasem pozwalał sobie na te kilka słów za dużo, aby dać upust skrytym w głębi emocjom. Może nie zaczepiałby jej w ten sposób, gdyby miał więcej energii. Niestety, trafili na siebie w najgorszym możliwym momencie, gdy oboje dochodzili po siebie po tej cudownej nocy. A czasem nawet najlepsi przyjaciele nie byli się w stanie znieść w swoim najgorszym wydaniu.
— Nieważne — westchnął ciężko, gdy Samuel postanowił odejść od stołu, aby po chwilę zniknąć w pobliskiej gęstwinie. — Już ja ci pomogę i przy okazji zapalę w kuchni. — Skinął głową Brennie, licząc, że ta nie będzie się kłócić. —I tak muszę wrócić zaraz do środka. Może uda mi się złapać, chociaż kilka minut snu, zanim będę musiał zacząć się zbierać na ceremonię. W razie czego będę w czytelni.
Odsunął od siebie talerz z niedokończonym posiłkiem, po czym zaczął zbierać z sąsiednich miejsc opróżnioną zastawę, wszelkie noże, widelce i łyżeczki układając na samym wierzchu utworzonej w ten sposób wieżyczki. Kiedy uzmysłowił sobie, że nie będzie w stanie zabrać wszystkiego naraz, część naczyń pozostawił Brennie, w tym też wszelkie talerzyki i filiżanki, jakie mogła wykorzystać Nora.
— Zobaczymy się przed wyjściem. — Skinął głową Morfeuszowi i Thomasowi, aby Norę zaszczycić spojrzeniem dopiero na końcu. — Eleonoro.
Wbił w nią pełne zadumy spojrzenie, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył ze stertą zabrudzonych naczyń z powrotem do Warowni. Cóż, koniec końców był tylko człowiekiem i jak każdy człowiek miewał swoje humory. Może powinien być dla niej milszy; bądź co bądź, oboje byli ofiarami rytuału miłosnego z Beltane, a na domiar złego wplątali w to wszystko jeszcze Kanclerza Skarbu. Biedny Elliot... Czyż nie wspominał o tym, że miał ostatnio dużo roboty.
Cóż, ta noc raczej nie należała w jego przypadku do tych z rodzaju przespanych, pomyślał z przekąsem, irytując się na samą myśl. Może bogini jednak go pobłogosławiła i przygotowanie Perseusza do ślubu zajęło im całą noc? Nie musiał kotłować się w łóżku, jak i walczyć z konsekwencjami rytuału wywołanymi przez pannę Figg. Bądź co bądź, młody Black potrafił być bardzo zajmujący, gdy działo się coś ekscytującego. Byłoby to jakieś pocieszenie. Niewielkie, bo niewielkie, ale jednak. Parę minut później był już w domowej kuchni.
— Ten dzień robi się coraz lepszy — mruknął, odstawiając naczynia do pustego zlewu, starając się nie zburzyć konstrukcji.
Rozejrzał się na prawo i lewo, chłonąc przez chwilę ciszę panującą w rezydencji. Jeśli ktoś ze starszych członków rodziny już nie spał, to zapewne zaszył się po drugiej stronie posiadłości. Było tu spokojnie. Aż dziwnie, pomyślał Longbottom, sięgając po paczkę papierosów leżących na parapecie. Obracał ją przez chwilę w dłoniach, po czym odstawił na miejsce.
Chociaż fajki przynosiły czasem ukojenia, tak odnosił wrażenie, że teraz potrzebował czegoś innego niż dymu papierosowego w swoich płucach. Czegoś takiego jak... lektury. Tak, zaszyje się w bibliotece, spróbuje poczytać i może prześpi się ten kwadrans lub dwa. W końcu ile potem zajmie mu wbicie się w garnitur? Toż to parę minut! Jak pomyślał, tak też zrobił i niedługo później zniknął w trzewiach rodowej posiadłości.
Postać opuszcza sesję
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞