02.04.2024, 12:42 ✶
Dźwięk zawieszonego nad drzwiami dzwoneczka z łatwością przebił się przez rzucane pod nosem przekleństwa i dał tym samym znać o przybyciu do sklepu potencjalnego klienta. Na wypadek, gdyby sam zapach nie miał być wystarczającym czynnikiem, który mógłby tegoż klienta odstraszyć, Terry miał już rzucić zdawkową informację, że chwilowo ma miejsce przerwa i że najlepiej byłoby, gdyby nieproszony gość ulotnił się stąd jak najszybciej. To jednak okazało się zupełnie zbędne. Zanim bowiem Trelawney zdążył się jakkolwiek odezwać, dotarł do niego głos – może i nieco zmieniony przez całe to zatykanie nosa, jednak niewątpliwie należący do jego kuzynki.
A przecież mimo wszystko, spławianie własnej rodziny – nawet w okolicznościach skrajnie niesprzyjających – raczej nie było czymś, co mógłby w ogóle brać pod uwagę.
Zazwyczaj.
– No jasne, że wchodzi – wywrócił oczami, czego wprawdzie Millie zobaczyć nie mogła, skoro dopiero zamierzał wychylić się z zaplecza, jednak poniekąd z pewnością można było to usłyszeć. – We włosy pewnie też. Może nawet wgryza się w skórę. Ale skoro już tu jesteś, to i tak za późno, żeby się tym przejmować.[/b]
Wyjrzał z pomieszczenia stanowiącego obecnie obraz nędzy i rozpaczy, a do niedawna będącego po prostu zwykłym zapleczem.
– A skoro ustaliliśmy już, że zbyt szybko nie pozbędziesz się tego smrodu… masz zamiar pomóc sprzątać? Czy tak po prostu wolisz pozachwycać się niepowtarzalną atmosferą? – rzucone z uśmiechem pytanie raczej nie wpisywało się w kategorię tych zadawanych zupełnie na serio. Choć pewnie sporo prawdy zawarłoby się w tym, że rzeczywiście ostatnim, na co Terry mógłby mieć w tej chwili ochotę, byłoby samodzielne ogarnianie tego bałaganu. A skoro chwilowo Penny nie było pod ręką, nic nie stało na przeszkodzie, by do ewentualnej pomocy zagonić kogokolwiek, kto akurat pod tę rękę by się nawinął. Pech – a może wręcz przeciwnie – chciał, że kimkolwiek stała się akurat Millie.
Choć pewnie wciąż miała szansę po prostu odwrócić się na pięcie i ewakuować ze sklepu. O co zresztą trudno byłoby ją winić. Tym bardziej, że przynajmniej przez chwilę lub dwie Terry również brał tę możliwość pod uwagę…
A przecież mimo wszystko, spławianie własnej rodziny – nawet w okolicznościach skrajnie niesprzyjających – raczej nie było czymś, co mógłby w ogóle brać pod uwagę.
Zazwyczaj.
– No jasne, że wchodzi – wywrócił oczami, czego wprawdzie Millie zobaczyć nie mogła, skoro dopiero zamierzał wychylić się z zaplecza, jednak poniekąd z pewnością można było to usłyszeć. – We włosy pewnie też. Może nawet wgryza się w skórę. Ale skoro już tu jesteś, to i tak za późno, żeby się tym przejmować.[/b]
Wyjrzał z pomieszczenia stanowiącego obecnie obraz nędzy i rozpaczy, a do niedawna będącego po prostu zwykłym zapleczem.
– A skoro ustaliliśmy już, że zbyt szybko nie pozbędziesz się tego smrodu… masz zamiar pomóc sprzątać? Czy tak po prostu wolisz pozachwycać się niepowtarzalną atmosferą? – rzucone z uśmiechem pytanie raczej nie wpisywało się w kategorię tych zadawanych zupełnie na serio. Choć pewnie sporo prawdy zawarłoby się w tym, że rzeczywiście ostatnim, na co Terry mógłby mieć w tej chwili ochotę, byłoby samodzielne ogarnianie tego bałaganu. A skoro chwilowo Penny nie było pod ręką, nic nie stało na przeszkodzie, by do ewentualnej pomocy zagonić kogokolwiek, kto akurat pod tę rękę by się nawinął. Pech – a może wręcz przeciwnie – chciał, że kimkolwiek stała się akurat Millie.
Choć pewnie wciąż miała szansę po prostu odwrócić się na pięcie i ewakuować ze sklepu. O co zresztą trudno byłoby ją winić. Tym bardziej, że przynajmniej przez chwilę lub dwie Terry również brał tę możliwość pod uwagę…