Ger nie miała problemu z tym, żeby grać nieczysto, zresztą, kiedy przeciwnikami były te śliskie kurwie, samo się o to prosiło, bo oni również nie należeli do tych, którzy specjalnie przestrzegali zasad. Dlaczego mieliby być gorsi? Tak to przynajmniej będą miały możliwość, aby skutecznie utrzeć im nosa, do tego przy wszystkich, czy to nie była piękna wizja? Chłopcy z drużyny na pewno nie będą mieli nic przeciwko temu, znała ich na tyle, że wiedziała, że kilkoma ładnymi słowami będzie można ich łatwo przekonać, no, może poza Ericzkiem, który od zawsze wykazywał jakieś dziwne poglądy, co do grania fair play, ale on przecież nie będzie musiał o niczym wiedzieć.
Ich rodzice mieli zupełnie różne podejście do wychowywania swoich dzieci. Czasem trochę zazdrościła Mills tego, że nikt nie suszył jej głowy. Ona wiecznie musiała wysłuchiwać uwag ze strony rodziców, szczególnie matki, że nie wypada się tak zachowywać, że powinna przestać nosić szmaty, być elegancka i opanowana, sranie w banie, które do niej nie docierało. Wolała ojca, on przynajmniej nie miał problemu z tym, żeby zaakceptować to, w którą stronę chciała iść, a nawet był kurewsko dumny z tego, że tak dobrze sobie radziła.
- Nie mamy wpływu na naszych starych, a szkoda. - Co innego mogła powiedzieć, próbowała zrozumieć to, jak wyglądało życie Thunder, ale wcale nie było to dla niej takie proste, bo pochodziły z zupełnie innych światów, Ger zdecydowanie miała prościej, ale próbowała robić co mogła, żeby Mills nie czuła tej różnicy, zresztą raczej nie dawała jej powodów do tego, żeby w nią wątpiła.
Yaxley strzeliła niedopałkiem przed siebie, licząc na to, że zgaśnie po drodze. Jak nie to trudno, najwyżej coś spłonie. - Dobra, koniec tego pierdolenia, piwo się samo nie wypije.