Błogo nieświadom tego, jaka burza szaleje w tej głowie, w której cały świat zawsze był taki skomplikowany, cieszył się chwilą. Hołubił ją, bo tylko te chwile sprawiały, że świat był jasny, że nie trzeba było się skupiać na wszystkim, że każdy element ciała drżał aż w tych przyjemnych odczuciach, że tutaj czeka cię coś dobrego. I doznasz czegoś dobrego, bo nie powstrzymujesz się przed niczym, bo jakoś nie było tego przeświadczenia, by panować nad każdym słowem i nie trzeba było chronić siebie samego przed nożem w plecy. Głupota i młodość szły ze sobą w parze. W końcu od nikogo bardziej ten sztylet nie zaboli niż z ręki Fleamonta Bella. Nie będzie on morderczy, będzie bardzo cichy. Tak jak cichy byłby Cain, gdyby przyszło powiedzieć kolejne "do widzenia" na stałe. Zakończyć "amen" na ściółce z tych modlitw i próśb. Już nauczył się szeptać i rozmawiać z cieniami, mówić do nikogo i w zamrożeniu czasu wspominać każdy ruch i gest człowieka, który stroił sobie takie niepewne żarty jak te tu i teraz i który przeglądał lodówkę w poszukiwaniu dobrego alkoholu, zamiast zadbać o kolejne cięcie na dłoniach spowodowane zastawioną pułapką. Jak mógłby się nie cieszyć, że znalazł się teraz w cyrku, zamiast dalej kopać Podziemne Ścieżki? Jak mógł nie lubić jego nowego oblicza, skoro teraz do niego przychodził i nie miał na sobie ran, nie był tak zniszczony? Teraz nie musiał już rozmawiać z cieniami przeszłości. Lecz gdyby miał to powtórzyć za drugim razem to nie przyjąłby z takim pietyzmem i wytrzymałością rozstania. Nie mógłby przerabiać tego po raz drugi. Nie byłoby gróźb, nie byłoby wyrzutów, nie byłoby szantażu. Decydując się na to, żeby spędzić z nim tamto popołudnie na cmentarzu, na to, żeby go zaprosić, żeby znowu spędzać z nim czas podpisał cyrograf z Diabłem. Belzebub zaoferował mu: dobrze, dostaniesz to szczęście,
dostaniesz tę miłość. Ale za parę lat ta dusza będzie tylko moja. Czemu miałby się nie zgodzić? Przecież to była dobra umowa. Czerpał więc z danych mu dni dokładnie tyle, ile mógł. I chociaż chciałby, żeby niektóre rzeczy wyglądały inaczej to nie zamierzał obarczać tymi fantazjami Flynna. Jedna fantazja wystarczyła, już i tak była za ciężka. Nie zamierzał do niej nigdy wracać.
Cain Bletchley zniknąłby w ciszy, wpatrując się w sufit własnej łazienki. I choć cisza panowałaby wokół niego, to w jego głowie panowałby gwar. Gwar od wszystkich niewypowiedzianych słów, które chciałby jeszcze powiedzieć Fleamontowi Bellowi.
- Nie. Nigdy bym tego nie zrobił. Odłożę go na później, kiedy dobrze się zastanowię, w jaki sposób go wykorzystać, żeby stworzyć nam dokładnie taką chwilę jak ta teraz. - Poczuł, że musi to wyjaśnić, bo chyba nie wszystko było tak, jak powinno, na swoim miejscu. W odpowiednim tonie, jaki chciał temu nadać. Ale rzeczywiście - przecież niepewność zabijała tego Kota Filemona. Tak jak ciekawość zabiła tego kota z innej bajki. - ... chyba że będziesz chciał ściąć włosy, to wtedy użyje kuponu. - Żartobliwy ton, ale Cain prawie (prawie!) użył słowa "pułapki". Kupon-pułapka. Krótkie włosy. Pułapki. Nie zamierzał ryzykować, że znów skręciłoby to w zupełnie nie tę stronę, nie ten klimat, jaki próbował uzyskać. Bo przecież naprawdę chciał, żeby ten wyjazd był tym wymarzonym weekendem. Wymarzonymi dniami spędzonymi tylko z nim, na robieniu tylko fajnych rzeczy, tych najlepszych, radosnych, pełnych pasji. Żeby potem mógł siedzieć i... uśmiechać się całkowicie szczerze. Przywołując te cudowne uczucia, które teraz go nawiedzały. Tak, chyba nigdy się tak nie cieszył - prawie jak dziecko, które nagle może robić wszystko, niczym i nikim nie musi się przejmować, niczego rozważać, niczego kalkulować.
Cain miał problem z rozczytywaniem Flynna nie raz i nie dwa, ale najwyraźniej Flynn nie miał problemów z tym, żeby śpieszyć na spotkanie tego, co Bletchley sam miał w głowie. Bo sam miał ochotę złapać go za uda i podnieść do góry, a tymczasem został wręcz zmuszony do tego, żeby łapać zgrabny tyłeczek, który sam się do niego przysunął. Moment zaskoczenia zastąpiła pełna aprobaty i zadowolenia mina. Więc... albo dziecinność Fleamonta znalazła dobry piedestał do zaprezentowania, albo trafił swój na swego.
- Zacznę od ciebie. - Zgrozo, ratujcie ten dom! Cain będzie potem chodził i przepraszał za te pobite wazoniki, porozrzucane pierdółki, wszędobylski bałagan, który uskuteczniał w swoim domu i swoim życiu, ale niekoniecznie przenosił go do życia i domów innych. I może myślał o tym jeszcze przed chwilą, ale teraz myślał tylko o tym, że jego spodnie były o wiele za ciasne na wygibasy Flynna. Siniaki na nogach będą go witać porankiem, bo trafniej byłoby powiedzieć, że na tę komodę wpadł, niż że do niej podszedł i posadził na niej swój słodki ciężar.
I tak komoda stała się pierwszą ofiarą niecierpliwego umizgiwania Bletcheya i prowokującego go do tego wszystkiego Fleamonta.