02.04.2024, 19:11 ✶
– Hm? A nie, trochę tylko obiłam się na dyżurze – zapewniła Brenna. – Czego tu gratulować? Zwykłe patrole i takie tam – stwierdziła, posyłając mu uśmiech. Jej prawa była bardzo mało prestiżowa, stanowisko Detektywa na mało kim robiło wrażenie, Brenna o tym wiedziała i nic sobie z tego nie robiła. Może po części z powodu charakteru, może bo zawsze chciała właśnie tej pracy, a może, bo miała ten niesamowity, dostępny zaledwie nielicznym komfort, że pracować wcale nie musiała. Mogła rzucić etat z dnia na dzień i pieniędzy by jej nie zabrakło. Mogła otworzyć własny interes, a też gdyby się uparła, miała dość znajomości, by w razie czego móc się przebranżowić.
Gdy byłeś człowiekiem mającym wybór, mogłeś mniej się przejmować.
– Randkę? Ja? – spytała, a w jej głosie rozbrzmiewało rozbawienie. – Mój krewny spędzi kilka dni w szpitalu, mam zamiar rano wysłać mu je sową – wyjaśniła, unosząc nieco wyżej bukiet kwiatów. Wpadłaby do Morpheusa osobiście, ale podejrzewała, że dziś pewnie kazano mu wypoczywać, a poza tym czuła się po prostu winna, że wuj znalazł się w takim stanie. Gdyby działała szybciej, może udałoby się tego uniknąć.
Gdy wspomniał o The Vale Cottage odruchowo pobiegła wzrokiem ku szyldowi, a potem zerknęła na zegarek. Zawahała się na mgnienie oka, ale odmówienie byłoby nieuprzejme, ona zaś nie chciała być nieuprzejma i wcale nie ze względu na to, że tak nie wypadało. Poza tym kiedyś lubiła Isaaka Bagshota i była ciekawa, jak układało się w jego życiu: poświęcenie mu pół godziny nie namiesza w harmonogramie aż tak, by nie móc sobie na to pozwolić. To akurat pozostało bez zmian, od czasów hogwarckich – Brenna dalej pamiętała o przyjaciołach i znajomych, i nawet długi okres przerwy w kontaktach nie mógł sprawić, że ot tak odwróci się od kogoś plecami. Wesoła też z pewnością pozostała. Może teraz pod tą wesołością kryły się gdzieś głęboko pewna ostrożność i zmęczenie, ale tych na pewno nie dało się dostrzec na pierwszy, drugi ani nawet na trzeci rzut oka.
– Dlaczego nie? Opowiesz mi, co to za praca cię czeka. I nie, dzięki, nie palę. To znaczy palę, ale tak, że siedzę w biurze i wszyscy wokół mnie palą, więc dym i tak mnie dosięga, a ja nie muszę wydawać pieniędzy na papierosy – wyjaśniła, podobnie jak w szkole mówiąc całkiem sporo i całkiem szybko.
Gdy byłeś człowiekiem mającym wybór, mogłeś mniej się przejmować.
– Randkę? Ja? – spytała, a w jej głosie rozbrzmiewało rozbawienie. – Mój krewny spędzi kilka dni w szpitalu, mam zamiar rano wysłać mu je sową – wyjaśniła, unosząc nieco wyżej bukiet kwiatów. Wpadłaby do Morpheusa osobiście, ale podejrzewała, że dziś pewnie kazano mu wypoczywać, a poza tym czuła się po prostu winna, że wuj znalazł się w takim stanie. Gdyby działała szybciej, może udałoby się tego uniknąć.
Gdy wspomniał o The Vale Cottage odruchowo pobiegła wzrokiem ku szyldowi, a potem zerknęła na zegarek. Zawahała się na mgnienie oka, ale odmówienie byłoby nieuprzejme, ona zaś nie chciała być nieuprzejma i wcale nie ze względu na to, że tak nie wypadało. Poza tym kiedyś lubiła Isaaka Bagshota i była ciekawa, jak układało się w jego życiu: poświęcenie mu pół godziny nie namiesza w harmonogramie aż tak, by nie móc sobie na to pozwolić. To akurat pozostało bez zmian, od czasów hogwarckich – Brenna dalej pamiętała o przyjaciołach i znajomych, i nawet długi okres przerwy w kontaktach nie mógł sprawić, że ot tak odwróci się od kogoś plecami. Wesoła też z pewnością pozostała. Może teraz pod tą wesołością kryły się gdzieś głęboko pewna ostrożność i zmęczenie, ale tych na pewno nie dało się dostrzec na pierwszy, drugi ani nawet na trzeci rzut oka.
– Dlaczego nie? Opowiesz mi, co to za praca cię czeka. I nie, dzięki, nie palę. To znaczy palę, ale tak, że siedzę w biurze i wszyscy wokół mnie palą, więc dym i tak mnie dosięga, a ja nie muszę wydawać pieniędzy na papierosy – wyjaśniła, podobnie jak w szkole mówiąc całkiem sporo i całkiem szybko.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.