02.04.2024, 19:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:59 przez Lorraine Malfoy.)
Kamienica Mulciberów w niemagicznym Londynie
Lorraine z pewną niechęcią oparła dłoń obleczoną w koronkowe, białe rękawiczki o poręcz schodów w domu Mulciberów - nigdy nie przepadała za dotykaniem rzeczy, o które mogły wycierać się miliony rąk: mogła żyć na społecznych nizinach, ale nawet lata spędzone na Nokturnie nie były w stanie wyleczyć jej z malfoyowskiego snobizmu - ale kiedy patrzyła w dół, na strome stopnie, które prowadziły z piętra na parter kamienicy, nagle przypomniała sobie wszystkie opowiadane przez Ambrosię żarty o tym, jak to będąc asystentką Mulcibera, spierdoliła się z tych schodów aż dziesięć razy jednego dnia - ostatni raz miał zaś miejsce, kiedy opuszczała progi domostwa, mnąc w rękach podartą umowę o pracę.
Lorraine stwierdziła wtedy z rozbawieniem, że McKinnon powinna zrobić obdukcję, zaskarżyć Roberta i wyłudzić od niego potężne odszkodowanie, za nierespektowanie zasad bezpieczeństwa i higieny w miejscu pracy: "bo przynajmniej wymówienie mógł ci wręczyć na parterze", śmiała się, podczas gdy Ambrosia małpowała przed nią zbolałą, i przekomicznie wręcz zdegustowaną minę Roberta.
Robert Mulciber bywał nieco kapryśny w obejściu, bo miał podobną do Lorraine naturę perfekcjonisty, ale posiadał też nieodparty urok dżentelmena starej daty, co Malfoy bardzo sobie ceniła - miło było porozmawiać z mężczyzną na poziomie; takim, który traktował ją jak dobrze urodzoną damę, i potrafił zachować profesjonalny ton niezależnie od sytuacji - niewielu spośród jej klientów mogło się pochwalić podobną ogładą towarzyską, więc taki mocodawca był naprawdę w cenie.
Lorraine lubiła go też z tego względu, że zawsze doskonale płacił: nieważne, czy chodziło o lekcje gry na fortepianie, których to udzielała jego dzieciom, kiedy była grubo młodsza - czy o poufne informacje, zbierane z zakamarków londyńskich uliczek.
Nie zamierzała kusić losu. Przytrzymała się poręczy, z gracją schodząc po schodach w dół.
Tak się skupiła na patrzeniu pod nogi, że dopiero u stóp schodów zauważyła, że na najniższym stopniu, oparta o barierkę, siedzi młoda dziewczyna.
- Sophie? Ależ ty urosłaś, od kiedy ostatnio cię widziałam… - W tej jednej chwili zrozumiała, co musiały czuć stare ciotki podczas dorocznych spotkań rodzinnych. W ciągu ostatnich lat widywała Sophie bardzo przelotnie, co najwyżej witając się z nią krótkim "cześć, skarbie". Ile dziewczyna mogła mieć teraz lat? Szesnaście, siedemnaście? Zapewne dalej masakruje tę nieszczęsną Sonatę Księżycową gorzej niż głuchy Beethoven, pomyślała z niesmakiem Lorraine, chociaż na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech. Mimo wszystko, miała przecież sentyment do tej dziewuszki, w której wciąż jeszcze widziała pucołowatego pieguska, ledwie sięgającego stopami do pedałów instrumentu.
Lorraine, jeszcze jako nastolatce, zdarzało się pilnować dzieci bliższych i dalszych krewnych, dorabiała też, ucząc gry na fortepianie. Chociaż nauczycielką była wymagającą - o czym mógłby poświadczyć jej kuzyn, Desmond - nigdy nie szczędziła pochwał nawet najbardziej nieznośnym dzieciakom, jeżeli coś im rzeczywiście wychodziło: nieważne, jak malutkie czynili postępy, były to przecież postępy... A Malfoy zależało, by jej uczniowie mieli motywację do kontynuowania edukacji muzycznej - bo wtedy ich rodzice mieli motywację, by jej płacić.
Sophie zawsze wydawała się dzieckiem niezwykle pogodnym, a i nie brakowało jej ambicji, by poprawić ewentualne niedociągnięcia: dlatego Lorraine była wobec niej o wiele łagodniejsza niż wobec innych dzieciaków. Potrafiła współczuć dziewczynce, która utraciła matkę. Malfoy sama bardzo dobrze znała ból, jaki towarzyszył takiej stracie, i widziała, jak bardzo Sophie stara się przyciągnąć uwagę zapracowanego ojca: tak jak wtedy, gdy katowała w nieskończoność jego ulubiony utwór na fortepian, dopóki nie nauczyła się go grać z pamięci.
Teraz jednak z Sophie zrobiła się pannica jak malowana... A jednym z przywilejów wieku nastoletniego były nieustanne zmiany nastrojów. Kiedy więc Lorraine dojrzała w jej twarzy obietnicę rozdzierającego serce kryzysu wieku młodzieńczego, zmarszczyła brwi, i zmieniła ton na bardziej konkretny.
- Co to za smutna mina? Jest taka piękna pogoda, masz teraz wakacje… Coś cię trapi, skarbie?