Philip doskonale wiedział jak działa socjeta - przez lata opanował umiejętność brylowania w towarzystwie. Wiedział co i do kogo powiedzieć, do kogo się uśmiechnąć i komu podać kieliszek szampana. Przez długi czas sprawiało mu to przyjemność. Teraz starał się trzymać fason, pokazywać światu czarodziejów dobrze znane oblicze lwa salonowego. Nie przed każdym mógł się otworzyć. Nie należało opuszczać swojej tarczy przed nieodpowiednimi ludźmi. Nie brakowało osób chcących to wykorzystać do swoich celów i dlatego tak naprawdę ufał tym nielicznym. Tych mógłby wskazać na palcach jednej ręki.
Pozostawał również przekonany, że na każdym tego typu wydarzeniu nie trzeba było siedzieć do oporu. Tego typu przyjęcia zawsze toczyły się własnym torem, zwłaszcza kiedy nie brakowało alkoholu i grała muzyka a towarzystwo stawało się coraz bardziej swawolne. Jedni plotkowali w najlepsze, drudzy tańczyli a niektórzy starali się wymknąć po to aby znaleźć sobie ustronny kąt. Nic nowego. Nic szokującego. Sam robił to wszystko niezliczoną ilość razy.
Zupełnie nie przeszkadzało mu, że ta kobieta coś tam sobie brzdąkała. Tego właśnie nie lubił w rozmowach w małym gronie. Nawet jeśli się tym nie przejmował to tworzyło wrażenie, jakby w czymś przeszkodził. W tym przypadku w rozmowach, mających miejsce pod jego chwilową nieobecność. Nie zamierzał jednak nic z tym zrobić. Nie mogło to popsuć mu nastroju. Nie przywykł do uczestniczenia we wszystkich tego typu imprezach na trzeźwo i przez to rozważał zamówienie sobie jednego piwa. Bo z czasem stanie się to jeszcze bardziej widoczne dla niego i innych. Zwłaszcza, że nawet Laurent nie odmawiał odrobiny alkoholu. Nie zamierzał go w tej sprawie strofować. Laurent jest dorosły. W razie czego odpowiednio się nim zajmie. Na domiar tego uśmiechał się zdecydowanie za słodko, zarumienionymi policzkami.
— Nie wątpię, że pani dysponuje naprawdę anielskim głosem i odpowiednią dozą odwagi. Mógłbym zaproponować duet, jednak ja nie posiadam talentu wokalnego. — Odpowiedział w tym samym tonie, spoglądając wesoło to na kobietę o imieniu Amy, to na Williama oraz Laurenta... będącego prawdziwym słowikiem. Ta subtelna zachęta wciąż była dla niego, jednak nie było tutaj żadnego przymusu. Nie miał przecież nic niestosownego na myśli, co nie zdarzało się często w jego przypadku.
— Nie było trudne. — Wymruczał w odpowiedzi, nie przestając się uśmiechać. — Wszyscy wydają się dobrze bawić. Też nie mogę narzekać. — Dodał rozglądając się po sali. Tak wyglądała ta normalność, którą stracił z oczu przez lawinę tych wydarzeń, którą zapoczątkowało to przeklęte Beltane. Jeszcze za wcześnie było uznać to za zwiastun utraconej równowagi.