03.04.2024, 12:41 ✶
To był długi dzień, długa noc, długi miesiąc, długi rok... I na pewno nie tylko dla Brenny. Łatwo było domyśleć się, że wszystko ostatnio Samuela nazbyt przytłacza - nie próbował tego nawet ukrywać, a gdyby nawet, jego poranna ucieczka aż nazbyt wyraźnie pokazywała, jak ten się czuł.
Kiedy zwierzak był przygnieciony przez bodźce, uciekał lub szukał kryjówki.
Czasem w takich sytuacjach najlepiej było pozwolić na tę ucieczkę i poczekać aż sam zdecyduje się z niej wyjść.
Czasem jednak trzeba było spróbować wyciągnąć do niego rękę.
Gdyby Samuela pozostawić samemu sobie, mógłby zostać w kryjówce już na zawsze.
McGonagall nie miał wielkich szans wejść do Warowni całkiem niezauważony. Dom spowijały liczne zaklęcia, a on właściwie w nim nie mieszkał - nawet jeżeli przyjął pokój w domku na terenie posiadłości, to zrobił to ledwo kilka godzin temu. Nie bywał tu aż tak często, jak taka Nora, aby dom uznawał go z góry za "swojego". Poza tym dom był spory, zawsze ktoś się tutaj kręcił i większość domowników nawet nie zwracała uwagi na to, że po budynku kręci się ktoś nowy... ale Brenna akurat na Samuela zwróciła uwagę, bo czaiła się na moment, w którym się pojawi.
Ucieczka ze śniadania. Problemy z panowaniem nad klątwą. Nagłe przyjęcie oferty wprowadzki, którą wcześniej zbył milczeniem. Nocna wycieczka nad jezioro u boku Nory. To wszystko Brenna mogłaby pominąć milczeniem, uznać, że to jedna z tych spraw, w które nie powinna się wtrącać, gdyby nie fakt, że przeczuwała, że są to jednocześnie sprawy, z którymi McGonagall sobie nie radził w pojedynkę.
Czasem trudno było znaleźć złoty środek pomiędzy nie narzucaniem się, a nie pozostawieniem kogoś samego z problemami. To było jak stąpanie po linie w chwiejny dzień i Brenna wcale nie była pewna, czy nie zrobi fałszywego kroku, ale przecież nie byłaby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbowała.
- Cześć, Sam - powiedziała, gdy wyszedł na korytarz właśnie w chwili, w której ona weszła na górę z salonu. - Jeśli szukasz Morpheusa, to chyba chwilę temu już wyszedł do Blacków. Ale dobrze, że cię złapałam, będzie dobrze omówić kilka spraw. Pomyślałam, że jeżeli będziesz na miejscu, możemy ustalić, że kilkoma rzeczami mógłbyś zająć się na razie na stałe i wyznaczymy w ich ramach pensję? Przeniosłeś już swoje rzeczy czy potrzebujesz z tym pomocy? – zapytała, uśmiechając się do niego. Absolutnie beztrosko, jakby naprawdę ustalenie zakresu jego obowiązków było najistotniejszą rzeczą, o jaką chciała porozmawiać…
Ale nie próbujesz od razu dzikiego stworzenia chwytać na ręce, prawda? Najpierw tylko siadasz w pobliżu.
Kiedy zwierzak był przygnieciony przez bodźce, uciekał lub szukał kryjówki.
Czasem w takich sytuacjach najlepiej było pozwolić na tę ucieczkę i poczekać aż sam zdecyduje się z niej wyjść.
Czasem jednak trzeba było spróbować wyciągnąć do niego rękę.
Gdyby Samuela pozostawić samemu sobie, mógłby zostać w kryjówce już na zawsze.
McGonagall nie miał wielkich szans wejść do Warowni całkiem niezauważony. Dom spowijały liczne zaklęcia, a on właściwie w nim nie mieszkał - nawet jeżeli przyjął pokój w domku na terenie posiadłości, to zrobił to ledwo kilka godzin temu. Nie bywał tu aż tak często, jak taka Nora, aby dom uznawał go z góry za "swojego". Poza tym dom był spory, zawsze ktoś się tutaj kręcił i większość domowników nawet nie zwracała uwagi na to, że po budynku kręci się ktoś nowy... ale Brenna akurat na Samuela zwróciła uwagę, bo czaiła się na moment, w którym się pojawi.
Ucieczka ze śniadania. Problemy z panowaniem nad klątwą. Nagłe przyjęcie oferty wprowadzki, którą wcześniej zbył milczeniem. Nocna wycieczka nad jezioro u boku Nory. To wszystko Brenna mogłaby pominąć milczeniem, uznać, że to jedna z tych spraw, w które nie powinna się wtrącać, gdyby nie fakt, że przeczuwała, że są to jednocześnie sprawy, z którymi McGonagall sobie nie radził w pojedynkę.
Czasem trudno było znaleźć złoty środek pomiędzy nie narzucaniem się, a nie pozostawieniem kogoś samego z problemami. To było jak stąpanie po linie w chwiejny dzień i Brenna wcale nie była pewna, czy nie zrobi fałszywego kroku, ale przecież nie byłaby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbowała.
- Cześć, Sam - powiedziała, gdy wyszedł na korytarz właśnie w chwili, w której ona weszła na górę z salonu. - Jeśli szukasz Morpheusa, to chyba chwilę temu już wyszedł do Blacków. Ale dobrze, że cię złapałam, będzie dobrze omówić kilka spraw. Pomyślałam, że jeżeli będziesz na miejscu, możemy ustalić, że kilkoma rzeczami mógłbyś zająć się na razie na stałe i wyznaczymy w ich ramach pensję? Przeniosłeś już swoje rzeczy czy potrzebujesz z tym pomocy? – zapytała, uśmiechając się do niego. Absolutnie beztrosko, jakby naprawdę ustalenie zakresu jego obowiązków było najistotniejszą rzeczą, o jaką chciała porozmawiać…
Ale nie próbujesz od razu dzikiego stworzenia chwytać na ręce, prawda? Najpierw tylko siadasz w pobliżu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.