03.04.2024, 15:28 ✶
Wczorajsze popołudnie, wieczór i noc Brenna bardzo grzecznie spędziła we własnym pokoju, stosując się do zaleceń uzdrowiciela przez niemal dwadzieścia godzin. Wypiła wszystkie eliksiry, dała sobie założyć opatrunki i stosowała wyciąg ze szczuroczeta czy jak to się nazywało. W efekcie kolejnego ranka czuła się dobrze. Ślady na szyi powoli bladły, prawa ręka była jeszcze zaczerwieniona, ale już niemal się wygoiła, a lewa wprawdzie pozostawała obandażowana, z nią jednak i tak nie było jakoś źle. Na upartego mogłaby biec do pracy już teraz, a nie dopiero kolejnego ranka.
Po papiery sięgnęła, bo wyspała się już naprawdę za wszystkie czasy - najpierw na wyspie, a potem przez dobre trzynaście godzin we własnym łóżku - i zaczynała się nudzić. Erik zaglądając wcześniej do jej pokoju mógł więc głównie widzieć ją albo śpiącą, albo trzymającą palce w tym cholernym wywarze.
Głos brata, który stanął w uchylonych drzwiach, sprawił, że Brenna uniosła wzrok znad papierów. To wszystko twoja wina? Wyjątkowo milczała, czekając na ciąg dalszy - spodziewała się oskarżeń o to, że była nie dość ostrożna przy organizacji wyprawy na wyspę i to przez jej głupotę omal nie zginęli, ale najwyraźniej Erikowi chodziło jednak o wpędzanie go w nałóg nikotynowy.
Tak naprawdę miała sporo wyrzutów sumienia.
Poszło dobrze: nikt nie zginął, nikt nie został poważnie ranny, zdobyli sztylet i przy okazji widząc ciało Alistaira utwierdzili się w przekonaniu, że pozostawienie broni w ciemnościach wcale nie rozwiązałoby problemu. Było więcej niż jasne, że gdyby opowieści o tym przedmiocie dotarły do uszu śmierciożerców, mogliby się nim zainteresować - i gdyby go zdobyli, na pewno zrobiliby z magii sztyletu dobry, czy też raczej... zły użytek. Wciąż jednak wpakowali się w mrok, w nieznane, inferiusy próbowały ich zabić, sny pochłonąć. Mało brakowało, a znaleźli się tam, bo poprosiła, żeby tam poszli.
Brenna jednak nie planowała tych wyrzutów sumienia po sobie pokazać.
Poza tym - co miało zamykanie JEJ w posiadłości do tego, że naraziła JEGO życie?
- Nie za bardzo rozumiem, dlaczego ktoś miałby zamykać mnie w pokoju? - spytała w końcu, obserwując brata, przemieszczającego się po pomieszczeniu w tę i z powrotem. Nie musiała ani znać go tak dobrze jak znała, ani być szczególnie spostrzegawcza, aby zauważyć, jak bardzo był zdenerwowany. Ciągły ruch, papieros, ton, wypowiadane słowa, wygrywały razem symfonię ogólnego gniewu na świat i, najwyraźniej, na Brennę w szczególności. - Ani nie spowolnią, bo nie ucierpiały moje oczy. Naprawdę, nic już mi nie jest - zapewniła, tym razem nie do końca kłamliwie, bo obrażenia byłyby poważne, gdyby nie istniały magia i eliksiry. W tej chwili Brennie nie dolegało nic, co mogłoby powstrzymać przed... czymkolwiek właściwie, a ostatnie ślady po przygodzie w jaskini powinny zniknąć najdalej pojutrze.
Paskudniejsze od powoli schodzących poparzeń i blednących siniaków były wspomnienie ciemności i wizji, które chwytały w swoje szpony. Brenna była wdzięczna, że po podanym jej eliksirze, spała spokojnie i bez snów - bo inaczej tej nocy na pewno nawiedziłyby ją koszmary.
Ale to też była jedna z tych rzeczy, do których nie chciała się przyznawać.
- Hm... nie przed kolejną porcją wywaru, koło pierwszej - powiedziała powoli, bo potem owszem, planowała opuścić Warownię, aby asystować wujowi, gdy będzie "kombinował", co zrobić z tym sztyletem. I nie bardzo rozumiała, do czego jej brat zmierza. - Ma wpaść Heather. Czegoś potrzebujesz?
Po papiery sięgnęła, bo wyspała się już naprawdę za wszystkie czasy - najpierw na wyspie, a potem przez dobre trzynaście godzin we własnym łóżku - i zaczynała się nudzić. Erik zaglądając wcześniej do jej pokoju mógł więc głównie widzieć ją albo śpiącą, albo trzymającą palce w tym cholernym wywarze.
Głos brata, który stanął w uchylonych drzwiach, sprawił, że Brenna uniosła wzrok znad papierów. To wszystko twoja wina? Wyjątkowo milczała, czekając na ciąg dalszy - spodziewała się oskarżeń o to, że była nie dość ostrożna przy organizacji wyprawy na wyspę i to przez jej głupotę omal nie zginęli, ale najwyraźniej Erikowi chodziło jednak o wpędzanie go w nałóg nikotynowy.
Tak naprawdę miała sporo wyrzutów sumienia.
Poszło dobrze: nikt nie zginął, nikt nie został poważnie ranny, zdobyli sztylet i przy okazji widząc ciało Alistaira utwierdzili się w przekonaniu, że pozostawienie broni w ciemnościach wcale nie rozwiązałoby problemu. Było więcej niż jasne, że gdyby opowieści o tym przedmiocie dotarły do uszu śmierciożerców, mogliby się nim zainteresować - i gdyby go zdobyli, na pewno zrobiliby z magii sztyletu dobry, czy też raczej... zły użytek. Wciąż jednak wpakowali się w mrok, w nieznane, inferiusy próbowały ich zabić, sny pochłonąć. Mało brakowało, a znaleźli się tam, bo poprosiła, żeby tam poszli.
Brenna jednak nie planowała tych wyrzutów sumienia po sobie pokazać.
Poza tym - co miało zamykanie JEJ w posiadłości do tego, że naraziła JEGO życie?
- Nie za bardzo rozumiem, dlaczego ktoś miałby zamykać mnie w pokoju? - spytała w końcu, obserwując brata, przemieszczającego się po pomieszczeniu w tę i z powrotem. Nie musiała ani znać go tak dobrze jak znała, ani być szczególnie spostrzegawcza, aby zauważyć, jak bardzo był zdenerwowany. Ciągły ruch, papieros, ton, wypowiadane słowa, wygrywały razem symfonię ogólnego gniewu na świat i, najwyraźniej, na Brennę w szczególności. - Ani nie spowolnią, bo nie ucierpiały moje oczy. Naprawdę, nic już mi nie jest - zapewniła, tym razem nie do końca kłamliwie, bo obrażenia byłyby poważne, gdyby nie istniały magia i eliksiry. W tej chwili Brennie nie dolegało nic, co mogłoby powstrzymać przed... czymkolwiek właściwie, a ostatnie ślady po przygodzie w jaskini powinny zniknąć najdalej pojutrze.
Paskudniejsze od powoli schodzących poparzeń i blednących siniaków były wspomnienie ciemności i wizji, które chwytały w swoje szpony. Brenna była wdzięczna, że po podanym jej eliksirze, spała spokojnie i bez snów - bo inaczej tej nocy na pewno nawiedziłyby ją koszmary.
Ale to też była jedna z tych rzeczy, do których nie chciała się przyznawać.
- Hm... nie przed kolejną porcją wywaru, koło pierwszej - powiedziała powoli, bo potem owszem, planowała opuścić Warownię, aby asystować wujowi, gdy będzie "kombinował", co zrobić z tym sztyletem. I nie bardzo rozumiała, do czego jej brat zmierza. - Ma wpaść Heather. Czegoś potrzebujesz?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.