03.04.2024, 16:56 ✶
Co prawda to prawda, misję na wyspie można było uznać za sukces. Okupiony ranną liderką podróży, ale dalej zakończoną swego rodzaju wygraną, która wylądowała na koncie Zakonu Feniksa. Większa grupa nauczyła się lepiej ze sobą współpracować, a przy okazji udało im się zdobyć magiczny artefakt, zanim ten trafił w ręce zwolenników Czarnego Pana. Albus zapewne piał już z radości.
To nie z organizacją miał problem, a z siostrą... I ze sobą. Chociaż do tego ostatniego nie przyznawał się przed samym sobą. Wizja, jakiej doświadczył, bardzo mu się nie podobała, a to w jak nieprzyjemnej sytuacji wylądowała Brenna podczas walki, tylko napędziło jego zmartwienia. Westchnął. Ledwie kilka dni temu odbyli poprzednią poważną rozmowę, a już zaczynali następną.
— Ogranicza to pole twojego manewru, jak już musisz wiedzieć. Jakbyś nie mogła wychodzić, to mogłabyś buszować tylko na określonym terenie. — Pokręcił krótko głową. — Nie tobie oceniać, czy już wszystko jest w porządku — mruknął z nutą pobłażliwości w głosie. Już on dobrze wiedział, co próbowała w ten sposób osiągnąć. Tylko wmawiała wszystkim, że dobrze się czuje, a zaraz znowu wyrwie się z posiadłości i wpadnie w kolejne kłopoty. — Każdy medyk przy zdrowych zmysłach uziemiłby cię tutaj na tydzień lub dwa. Tak dla pewności.
Na Merlina, trzeba było zostać lekarzem, pomyślał, krocząc to w jedną, to w drugą stronę, próbując w ten sposób wyzbyć się, chociaż części nadmiaru negatywnych emocji, jakie w nim buzowały. O ile łatwiejsze byłoby jego życie, gdyby faktycznie miał siłę - i uprawnienia - do tego, żeby trzymać siostrę z daleka od kłopotów. Czasem żałował, że jest już dorosła. Gdyby była dzieckiem, mógłby spróbować wywrzeć odpowiednie naciski na rodziców lub dziadka. Wtedy trudniej by jej było się sprzeciwić. A teraz to nawet nie był w stanie jej umieścić na oddziale zamkniętym.
— Tak, potrzebuję, żebyś zaczęła o siebie dbać — sarknął, zmuszając się do tego, że nie przewrócić oczami na wspomnienie o jej protegowanej. Wątpił, aby rudowłosa brygadzistka była w stanie przemówić jej do rozsądku, ale może chociaż zatrzyma ją w domu na czas swojej wizyty. — Najwidoczniej jest to jednak zbyt duża prośba i bardzo ciężko ją spełnić. — Wyrzucił ręce w górę w teatralnym geście, strząsając przy okazji popiół z papierosa prosto na dywan. — Już nawet nie mówię o ożywionych szkieletach czy tym przeklętym nożu, bo akurat tego mogłaś nie przewidzieć, ale... — Uniósł palec wskazujący, poruszając nim lekko. — Nawet pomimo upływu lat dalej będziesz lekkomyślna. Dalej będziesz rzucała się w stronę niebezpieczeństwa, jakby poświęcenie liczyło się bardziej niż twoje życie.
Nie rozmawiał z nikim o wizji, jaka nawiedziła jego i Vincenta na wyspie. Czuł, że będzie musiał poruszyć ten temat z Morfeuszem, bo wiedział najwięcej na temat takich przepowiedni ze wszystkich członków rodziny. Może nawet powinien był najpierw udać się do niego, zamiast robić awanturę siostrze, jednak... Poniekąd obawiał się odpowiedzi. Bał się tego, że koniec końców okaże się, że to, co zobaczył, faktycznie mogło się ziścić, a to kompletnie by go złamało. Bo jak walczyć z taką wizją? Jak zdecydować, które decyzje do niej doprowadzą, a które nie?
— Nie dam ci zrobić z siebie męczennicy, rozumiesz? Nie dam! A już na pewno nie pozwolę, żeby ktoś inny cię w to wkręcił — rzucił gniewnie, odsuwając się od łóżka siostry i wracając do okna. — Choćbyś się wyrywała i rzucała na wszystkie strony, to nie powinnaś odrzucać swojego życia tylko po to, żeby robić sobie z Moodym wasz ostatni bastion z oblężonego Ministerstwa Magii.
Spojrzał na nią z pretensją. Bądź co bądź, zachowanie Brenny z wizji nie mogło wziąć się znikąd, czyż nie? Jakieś podstawy musiały istnieć.
To nie z organizacją miał problem, a z siostrą... I ze sobą. Chociaż do tego ostatniego nie przyznawał się przed samym sobą. Wizja, jakiej doświadczył, bardzo mu się nie podobała, a to w jak nieprzyjemnej sytuacji wylądowała Brenna podczas walki, tylko napędziło jego zmartwienia. Westchnął. Ledwie kilka dni temu odbyli poprzednią poważną rozmowę, a już zaczynali następną.
— Ogranicza to pole twojego manewru, jak już musisz wiedzieć. Jakbyś nie mogła wychodzić, to mogłabyś buszować tylko na określonym terenie. — Pokręcił krótko głową. — Nie tobie oceniać, czy już wszystko jest w porządku — mruknął z nutą pobłażliwości w głosie. Już on dobrze wiedział, co próbowała w ten sposób osiągnąć. Tylko wmawiała wszystkim, że dobrze się czuje, a zaraz znowu wyrwie się z posiadłości i wpadnie w kolejne kłopoty. — Każdy medyk przy zdrowych zmysłach uziemiłby cię tutaj na tydzień lub dwa. Tak dla pewności.
Na Merlina, trzeba było zostać lekarzem, pomyślał, krocząc to w jedną, to w drugą stronę, próbując w ten sposób wyzbyć się, chociaż części nadmiaru negatywnych emocji, jakie w nim buzowały. O ile łatwiejsze byłoby jego życie, gdyby faktycznie miał siłę - i uprawnienia - do tego, żeby trzymać siostrę z daleka od kłopotów. Czasem żałował, że jest już dorosła. Gdyby była dzieckiem, mógłby spróbować wywrzeć odpowiednie naciski na rodziców lub dziadka. Wtedy trudniej by jej było się sprzeciwić. A teraz to nawet nie był w stanie jej umieścić na oddziale zamkniętym.
— Tak, potrzebuję, żebyś zaczęła o siebie dbać — sarknął, zmuszając się do tego, że nie przewrócić oczami na wspomnienie o jej protegowanej. Wątpił, aby rudowłosa brygadzistka była w stanie przemówić jej do rozsądku, ale może chociaż zatrzyma ją w domu na czas swojej wizyty. — Najwidoczniej jest to jednak zbyt duża prośba i bardzo ciężko ją spełnić. — Wyrzucił ręce w górę w teatralnym geście, strząsając przy okazji popiół z papierosa prosto na dywan. — Już nawet nie mówię o ożywionych szkieletach czy tym przeklętym nożu, bo akurat tego mogłaś nie przewidzieć, ale... — Uniósł palec wskazujący, poruszając nim lekko. — Nawet pomimo upływu lat dalej będziesz lekkomyślna. Dalej będziesz rzucała się w stronę niebezpieczeństwa, jakby poświęcenie liczyło się bardziej niż twoje życie.
Nie rozmawiał z nikim o wizji, jaka nawiedziła jego i Vincenta na wyspie. Czuł, że będzie musiał poruszyć ten temat z Morfeuszem, bo wiedział najwięcej na temat takich przepowiedni ze wszystkich członków rodziny. Może nawet powinien był najpierw udać się do niego, zamiast robić awanturę siostrze, jednak... Poniekąd obawiał się odpowiedzi. Bał się tego, że koniec końców okaże się, że to, co zobaczył, faktycznie mogło się ziścić, a to kompletnie by go złamało. Bo jak walczyć z taką wizją? Jak zdecydować, które decyzje do niej doprowadzą, a które nie?
— Nie dam ci zrobić z siebie męczennicy, rozumiesz? Nie dam! A już na pewno nie pozwolę, żeby ktoś inny cię w to wkręcił — rzucił gniewnie, odsuwając się od łóżka siostry i wracając do okna. — Choćbyś się wyrywała i rzucała na wszystkie strony, to nie powinnaś odrzucać swojego życia tylko po to, żeby robić sobie z Moodym wasz ostatni bastion z oblężonego Ministerstwa Magii.
Spojrzał na nią z pretensją. Bądź co bądź, zachowanie Brenny z wizji nie mogło wziąć się znikąd, czyż nie? Jakieś podstawy musiały istnieć.