03.04.2024, 21:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2024, 12:59 przez Samuel McGonagall.)
Na tembr głosu Brenny zamurowało go w panice. Wyprostował się gwałtownie i poczuł, że ręce momentalnie stały się chłodne i spocone, a język zamienił się w drewniany kołek, którym ciężko byłoby poruszać. Nie był nawykły do przebywania z ludźmi, można było w nim czytać jak w otwartej Bardzo Prawdomównej Księdze.
Kiedyś życie było prostsze. Wczoraj wszystkie problemy wydawały się być takie odległe.
Szlag
Ostatecznie jednak Bee, była bardzo sprytna i bardzo, ale to bardzo dobrze wiedziała jak postępować z na wpół zdziczałym chłopcem z Kniei, który od jakiegoś czasu był całkiem ucywilizowanym (zważywszy na oś swojego życia) młodym mężczyzną z Doliny. Nawet w obawie przed plotkami nie zmieniał się już w niedźwiedzia tak często jak by chciał. Trochę też martwił się, że dostanie mandat, niepomny na to, że gdyby tak miało być Brenna już by mu go wręczyła.
– Kozy – wydukał pojedyncze słowo. Postęp.
Odchrząknął, odetchnął, przejechał dłonią kilkukrotnie po nazbyt krótkiej fryzurze. Włosy na twarzy szczęśliwie już odrastały. Czuł się bez nich dziwacznie.
– Zostawiłem kozy u Lizzy, bo muszę im tu zrobić jakąś zagrodę. Ogródek Dory nie jest miejscem w którym chciałbym je widzieć, wiesz... wiesz jak jest em.... – uciekł spojrzeniem od przyjaznej, uśmiechniętej twarzy. Nie przeczuwał co się święci, próbował najpierw przyjąć i przetrawić rzecz o pensji i obowiązkach. Obejrzał się za siebie w kierunku sypialni Morpheusa.
– Przepraszam, że nie zdążyłem naprawić tego łóżka, pan Morpheus pewnie wezwał kogoś innego ja... musiałem nabrać trochę dystansu wiesz, rano było dla mnie... bardzo trudne i... mmm.... – zaciął się nie wiedząc co ma zrobić z oczami, rękami i w ogóle całym ciałem. Nie czuł nadciągającego zagrożenia, ale zwierzanie się było bardzo trudne, zwłaszcza dla kogoś, kto nie miał w tym wprawy.
– Chętnie porozmawiam o tej pensji, ja... nie mówiłem Ci ale dostaje zamówienia na meble i w sumie no... troche głupio, bo w sumie nie mam swojej pracowni, co nie? A Ci ludzie chcą to oglądać i w ogóle słuchaj, no jeden z nich jest z Little Hagletom, a druga panna to w ogóle światowa z Londynu aż przyjechała do mnie! Dałabyś wiarę, że słyszeli o mnie w Londynie? – spróbował jakoś wybrnąć, wyciągnąć się samemu za uszy i naoliwić struny głosowe. – No a ja nie mam pracowni. Nie wiem jak im przesłać te rzeczy. Myślałem, że tu jest dużo miejsca, może... może mógłbym sobie dobudować mały warsztat? Oczywiście poza godzinami pracy, ja... nie chcę żebyś myślała, że będę zaniedbywał swoje obowiązki czy coś. – dodał pospiesznie.
Kiedyś życie było prostsze. Wczoraj wszystkie problemy wydawały się być takie odległe.
Szlag
Ostatecznie jednak Bee, była bardzo sprytna i bardzo, ale to bardzo dobrze wiedziała jak postępować z na wpół zdziczałym chłopcem z Kniei, który od jakiegoś czasu był całkiem ucywilizowanym (zważywszy na oś swojego życia) młodym mężczyzną z Doliny. Nawet w obawie przed plotkami nie zmieniał się już w niedźwiedzia tak często jak by chciał. Trochę też martwił się, że dostanie mandat, niepomny na to, że gdyby tak miało być Brenna już by mu go wręczyła.
– Kozy – wydukał pojedyncze słowo. Postęp.
Odchrząknął, odetchnął, przejechał dłonią kilkukrotnie po nazbyt krótkiej fryzurze. Włosy na twarzy szczęśliwie już odrastały. Czuł się bez nich dziwacznie.
– Zostawiłem kozy u Lizzy, bo muszę im tu zrobić jakąś zagrodę. Ogródek Dory nie jest miejscem w którym chciałbym je widzieć, wiesz... wiesz jak jest em.... – uciekł spojrzeniem od przyjaznej, uśmiechniętej twarzy. Nie przeczuwał co się święci, próbował najpierw przyjąć i przetrawić rzecz o pensji i obowiązkach. Obejrzał się za siebie w kierunku sypialni Morpheusa.
– Przepraszam, że nie zdążyłem naprawić tego łóżka, pan Morpheus pewnie wezwał kogoś innego ja... musiałem nabrać trochę dystansu wiesz, rano było dla mnie... bardzo trudne i... mmm.... – zaciął się nie wiedząc co ma zrobić z oczami, rękami i w ogóle całym ciałem. Nie czuł nadciągającego zagrożenia, ale zwierzanie się było bardzo trudne, zwłaszcza dla kogoś, kto nie miał w tym wprawy.
– Chętnie porozmawiam o tej pensji, ja... nie mówiłem Ci ale dostaje zamówienia na meble i w sumie no... troche głupio, bo w sumie nie mam swojej pracowni, co nie? A Ci ludzie chcą to oglądać i w ogóle słuchaj, no jeden z nich jest z Little Hagletom, a druga panna to w ogóle światowa z Londynu aż przyjechała do mnie! Dałabyś wiarę, że słyszeli o mnie w Londynie? – spróbował jakoś wybrnąć, wyciągnąć się samemu za uszy i naoliwić struny głosowe. – No a ja nie mam pracowni. Nie wiem jak im przesłać te rzeczy. Myślałem, że tu jest dużo miejsca, może... może mógłbym sobie dobudować mały warsztat? Oczywiście poza godzinami pracy, ja... nie chcę żebyś myślała, że będę zaniedbywał swoje obowiązki czy coś. – dodał pospiesznie.