03.04.2024, 21:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 09:22 przez Samuel McGonagall.)
Potrzebował to rozchodzić, a przecież nie chciał straszyć ludzi grubym niedźwiedzim futrem.
Potrzebował nabrać dystansu, potrzebował przestać słyszeć, że ktoś próbuje do niego cokolwiek powiedzieć.
Jego dłonie uwielbiały łapać za dłuto, uwielbiały naginać drewno do swej woli, Samuel upajał się tak zapachem, jak i wrażeniem które pozostawiały na skórze miękkie wióry opadające w dół, odsłaniające jakiś zamysł, jakąś bliską twarz zwierząt za którymi zwyczajnie tęsknił. W ten sposób się uspokajał, ale coraz częściej i coraz więcej zleceń wpadało mu przy upajających się czerwcem ogrodach, czy naprawach zwykłych szafek, gablot, kredensów... To nie było złe, podobało mu się, że mugole ale (a może przede wszystkim) czarodzieje zachwycają się tym co zrobione a nie zaklęte. Z drugiej strony jednak szum... szumu było za dużo i nagle ubranie zaczynało ciążyć, nagle każde słowo zdawało się krzykiem. Nawet wrażenie na języku było nie to, zbyt intensywne by mógł odpocząć.
Teoretycznie nocami był ptakiem. Spał sobie spokojnie na belce w niewielkiej stodole na tyłach baru "U Lizzy", słysząc śpiącego konia, dwie kozy i gdaczącą od czasu do czasu swoją nioskę Corgi. Ale to zwyczajnie nie wystarczało. Sen nie był świadomy. Sen był tylko przymusowym odpoczynkiem. Poza tym... nieszczęśliwie ostatnie noce miał sporo do pilnowania, bo ludzie ostro popili.
No i jeszcze Erik i bardzo, bardzo długa rozmowa pobudzająca niezbyt przyjemne struny. Zaufanie, to była zabawna rzecz. Samuel nie był pewien czy cieszy się na myśl, że tak łatwo można było go kupić jajecznicą i kilkoma miłymi słowami.
Dlatego też ptak za dnia wydawał się doskonałą ucieczką od prozy życia. Wiatr smagał mu lotki, nagle prądy powietrza nie miały przed nim tajemnic, choć gdyby go spytać jak to działa, nie potrafiłby udzielić jednoznacznej odpowiedzi ponad: To trzeba poczuć.
Zwiedził już knieję, z walącym serduszkiem, płakałby nad jej losem i własną tęsknotą, lecz jako ptak wyzbyty był takich uczuć. Instynkt podpowiadał mu zachowanie właściwej odległości, kto wie... może jego przeklęta maledictusem matka też to czuła i opuściła Knieję na czas zagrożenia?
Potem udał się nad jezioro, dryfując po nieboskłonie, nie obawiając się losu Ikara, gdyby kiedykolwiek o nim słyszałał.
Aż w końcu zobaczył go szkicującego i momentalnie skorygował trajektorię swej wyprawy, aby przysiąść na gałęzi i złocistym oczkiem przyjrzeć się drobnej sylwetce Lysandra.
Były momenty, że nienawidził ludzi, ale nigdy cudownie uratowanego chłopca, którego ogrzał w swej chacie jednej ze styczniowych nocy, by później pozwolić mu ogrzać swoje serce.
Nie wiedział, że jest samotny, póki ich losy nie przecięły się. Motyl był wrażliwą istotą, zbyt piękną dla tego świata, a jednak tak rozpaczliwie potrzebną. Westchnął i było to już westchnięcie nie piersią ptasią, a człowieczą. Gałązka ugięła się pod nim, sprawnie jednak nagie stopy dotknęły ziemi. Miał na sobie podwinięte nogawki płóciennych spodni i swoją kraciastą koszulę, spłowiało-błękitną podobnie jak płaszcz skrzydeł, o których wiedziała już tylko Brenna.
Lysander nie oczekiwał, że Samuel będzie dzielił się z nim tajemnicami i było w tym coś pięknego i smutnego jednocześnie. Lysander nie oczekiwał miłości, bo był nią w całości i Sam nie potrafił zrobić wiele więcej niż opaść obok mężczyzny i objąć go delikatnie tuląc do siebie, przyjmując słowa, pytania mówione z łagodną troską w akompaniamencie walącego serca.
– Mam ochotę na nalewkę. – odpowiedział mu, czując jego woń zmieszaną ze słodyczą alkoholu, po czym odsunął się i ujął jego twarz tylko po to by zaraz zapaść się w nią spijając ów nalewkę nie z gwinta piersiówki, a prosto z ust kochanka, zupełnie jakby na moment to Samuel stał się motylem, a Lysander barwną orchideą czekającą tylko tego spotkania. Smakował go niespiesznie, z rozmysłem, tak jak uczył go wcześniej podczas długich przednówkowych wieczorów, nie wypuszczając swego kruchego kwiatu zapomnienia z rąk.
Potrzebował nabrać dystansu, potrzebował przestać słyszeć, że ktoś próbuje do niego cokolwiek powiedzieć.
Jego dłonie uwielbiały łapać za dłuto, uwielbiały naginać drewno do swej woli, Samuel upajał się tak zapachem, jak i wrażeniem które pozostawiały na skórze miękkie wióry opadające w dół, odsłaniające jakiś zamysł, jakąś bliską twarz zwierząt za którymi zwyczajnie tęsknił. W ten sposób się uspokajał, ale coraz częściej i coraz więcej zleceń wpadało mu przy upajających się czerwcem ogrodach, czy naprawach zwykłych szafek, gablot, kredensów... To nie było złe, podobało mu się, że mugole ale (a może przede wszystkim) czarodzieje zachwycają się tym co zrobione a nie zaklęte. Z drugiej strony jednak szum... szumu było za dużo i nagle ubranie zaczynało ciążyć, nagle każde słowo zdawało się krzykiem. Nawet wrażenie na języku było nie to, zbyt intensywne by mógł odpocząć.
Teoretycznie nocami był ptakiem. Spał sobie spokojnie na belce w niewielkiej stodole na tyłach baru "U Lizzy", słysząc śpiącego konia, dwie kozy i gdaczącą od czasu do czasu swoją nioskę Corgi. Ale to zwyczajnie nie wystarczało. Sen nie był świadomy. Sen był tylko przymusowym odpoczynkiem. Poza tym... nieszczęśliwie ostatnie noce miał sporo do pilnowania, bo ludzie ostro popili.
No i jeszcze Erik i bardzo, bardzo długa rozmowa pobudzająca niezbyt przyjemne struny. Zaufanie, to była zabawna rzecz. Samuel nie był pewien czy cieszy się na myśl, że tak łatwo można było go kupić jajecznicą i kilkoma miłymi słowami.
Dlatego też ptak za dnia wydawał się doskonałą ucieczką od prozy życia. Wiatr smagał mu lotki, nagle prądy powietrza nie miały przed nim tajemnic, choć gdyby go spytać jak to działa, nie potrafiłby udzielić jednoznacznej odpowiedzi ponad: To trzeba poczuć.
Zwiedził już knieję, z walącym serduszkiem, płakałby nad jej losem i własną tęsknotą, lecz jako ptak wyzbyty był takich uczuć. Instynkt podpowiadał mu zachowanie właściwej odległości, kto wie... może jego przeklęta maledictusem matka też to czuła i opuściła Knieję na czas zagrożenia?
Potem udał się nad jezioro, dryfując po nieboskłonie, nie obawiając się losu Ikara, gdyby kiedykolwiek o nim słyszałał.
Aż w końcu zobaczył go szkicującego i momentalnie skorygował trajektorię swej wyprawy, aby przysiąść na gałęzi i złocistym oczkiem przyjrzeć się drobnej sylwetce Lysandra.
Były momenty, że nienawidził ludzi, ale nigdy cudownie uratowanego chłopca, którego ogrzał w swej chacie jednej ze styczniowych nocy, by później pozwolić mu ogrzać swoje serce.
Nie wiedział, że jest samotny, póki ich losy nie przecięły się. Motyl był wrażliwą istotą, zbyt piękną dla tego świata, a jednak tak rozpaczliwie potrzebną. Westchnął i było to już westchnięcie nie piersią ptasią, a człowieczą. Gałązka ugięła się pod nim, sprawnie jednak nagie stopy dotknęły ziemi. Miał na sobie podwinięte nogawki płóciennych spodni i swoją kraciastą koszulę, spłowiało-błękitną podobnie jak płaszcz skrzydeł, o których wiedziała już tylko Brenna.
Lysander nie oczekiwał, że Samuel będzie dzielił się z nim tajemnicami i było w tym coś pięknego i smutnego jednocześnie. Lysander nie oczekiwał miłości, bo był nią w całości i Sam nie potrafił zrobić wiele więcej niż opaść obok mężczyzny i objąć go delikatnie tuląc do siebie, przyjmując słowa, pytania mówione z łagodną troską w akompaniamencie walącego serca.
– Mam ochotę na nalewkę. – odpowiedział mu, czując jego woń zmieszaną ze słodyczą alkoholu, po czym odsunął się i ujął jego twarz tylko po to by zaraz zapaść się w nią spijając ów nalewkę nie z gwinta piersiówki, a prosto z ust kochanka, zupełnie jakby na moment to Samuel stał się motylem, a Lysander barwną orchideą czekającą tylko tego spotkania. Smakował go niespiesznie, z rozmysłem, tak jak uczył go wcześniej podczas długich przednówkowych wieczorów, nie wypuszczając swego kruchego kwiatu zapomnienia z rąk.