03.04.2024, 22:01 ✶
Ja nie wyglądałem jak na dżentelmena przystało; nawet nie miałem okazji prezentować się elegancko. Była piękna pogoda za oknem, pełnia rozpoczynającego się okresu wakacyjnego. Co prawda, jeszcze drobnymi krokami, ale niebawem miały wychodzić jak grzyby po deszczu przeróżne koncerty, festiwale, parady, inne eventy, wyjazdy zagraniczne... Wszystko to, co miało mnie tego roku ominąć, bo nie mogłem wyjść z domu, kiedy słońce wisiało wysoko w górze, obdarowując innych dobrym samopoczuciem. Mnie to nie dotyczyło. Ja siedziałem w domu, miałem przysłonięte zasłony i siedziałem sobie w piżamie, czytając kolejną z ksiąg. Nic interesującego, szczególnie nudnego, kiedy czułem w kościach spiekotę na zewnątrz.
Kimi wyszła, Kimi nie było. Korzystała z życia... Tak na dobrą sprawę pracowała, ale wyobrażałem ją sobie teraz nad jakąś wodą - jezioro, staw. Coś spokojnego. Ona roześmiana, lekka. Włosy może miała rozwiane. Pewnie stała, mając dłonie oparte o biodra, ale chłonęła słońce swoją skórą. Może wdychała właśnie pełną piersią to rześkie powietrze...
Chciałem o to wszystko wypytać ją, kiedy tylko zapukała do drzwi. Pragnąłem by mi opowiedziała w najmniejszych szczegółach, co czuła w tym momencie, kiedy słońce otulało jej skórę lekko grzejącymi promieniami. Poderwałem się z kanapy, książkę rzucając obok miejsca, w którym półsiedziałem, półleżałem. Noc stała się dla mnie dniem, zaś dzień nocą. Nawet nie spodziewałem się nikogo innego, bo z reguły Geraldine mnie uprzedzała, że będzie miała gości, poza tym w tej chwili nawet nie było jej w domu, więc to musiała być Kimi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy na progu ujrzałem selkie. TĘ selkie. Z tego roztargnienia, nawet nie załączyły mi się alerty. Czemu nie załączyły mi się alerty? Powinienem w każdej chwili zachowywać gardę. To co, że byłem w domu!
Ni be, ni me, ni kukuryku. Odsunąłem się krok do tyłu by nie polizało mnie po skórze odbity, zagubiony promień słońca. Tym samym też chyba zapraszałem do środka... czy niekoniecznie? Cóż, cokolwiek miało między nami zajść, lepiej by miało to miejsce wewnątrz domu, nie zaś na zewnątrz.
- Cóż za nieszczęśliwe zrządzenie losu przysyła pana do mnie, panie Prewett? - zapytałem tonem godnym snoba, skoro Laurent był ubrany jak snob, a przy okazji również był przebogatym snobem. Znałem cenę podobnego garnituru, bo potrafiłem chodzić w podobnych. Aktualnie jednak preferowałem piżamę w pełnym komplecie. Materiał niemnący się, wygodny, oddychający, choć to ostatnie to już nie za bardzo miało dla mnie jakiekolwiek znacznie. Aby na stópkach brakowało mi eleganckich kapci, aczkolwiek nie miałem również paznokci godnych krwiożerczej bestii.
Po swoim zapytaniu delikatnie zatrzasnąłem drzwi.
Kimi wyszła, Kimi nie było. Korzystała z życia... Tak na dobrą sprawę pracowała, ale wyobrażałem ją sobie teraz nad jakąś wodą - jezioro, staw. Coś spokojnego. Ona roześmiana, lekka. Włosy może miała rozwiane. Pewnie stała, mając dłonie oparte o biodra, ale chłonęła słońce swoją skórą. Może wdychała właśnie pełną piersią to rześkie powietrze...
Chciałem o to wszystko wypytać ją, kiedy tylko zapukała do drzwi. Pragnąłem by mi opowiedziała w najmniejszych szczegółach, co czuła w tym momencie, kiedy słońce otulało jej skórę lekko grzejącymi promieniami. Poderwałem się z kanapy, książkę rzucając obok miejsca, w którym półsiedziałem, półleżałem. Noc stała się dla mnie dniem, zaś dzień nocą. Nawet nie spodziewałem się nikogo innego, bo z reguły Geraldine mnie uprzedzała, że będzie miała gości, poza tym w tej chwili nawet nie było jej w domu, więc to musiała być Kimi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy na progu ujrzałem selkie. TĘ selkie. Z tego roztargnienia, nawet nie załączyły mi się alerty. Czemu nie załączyły mi się alerty? Powinienem w każdej chwili zachowywać gardę. To co, że byłem w domu!
Ni be, ni me, ni kukuryku. Odsunąłem się krok do tyłu by nie polizało mnie po skórze odbity, zagubiony promień słońca. Tym samym też chyba zapraszałem do środka... czy niekoniecznie? Cóż, cokolwiek miało między nami zajść, lepiej by miało to miejsce wewnątrz domu, nie zaś na zewnątrz.
- Cóż za nieszczęśliwe zrządzenie losu przysyła pana do mnie, panie Prewett? - zapytałem tonem godnym snoba, skoro Laurent był ubrany jak snob, a przy okazji również był przebogatym snobem. Znałem cenę podobnego garnituru, bo potrafiłem chodzić w podobnych. Aktualnie jednak preferowałem piżamę w pełnym komplecie. Materiał niemnący się, wygodny, oddychający, choć to ostatnie to już nie za bardzo miało dla mnie jakiekolwiek znacznie. Aby na stópkach brakowało mi eleganckich kapci, aczkolwiek nie miałem również paznokci godnych krwiożerczej bestii.
Po swoim zapytaniu delikatnie zatrzasnąłem drzwi.