04.04.2024, 12:59 ✶
Samuel leżał i rozmyślał o swoim domu. Niewielka leśniczówka po środku Kniei Godryka nie różniła się za bardzo od tej starej szopy, zwłaszcza srogą zimą, kiedy kozy były zabierane do środka, żeby wspólnie w stadzie dzielić się ciepłem. Zapach słomy i zwierzęcych odchodów był dla na pół zdziczałego mieszkańca puszczy zdecydowanie bardziej normalny, niż swąd alkoholu, papierosów czy perfumów robionych z martwych kwiatów.
W jego domu było wiele przytulnych zakamarków, stare książki należące do jego rodziny, które teraz znalazły sobie dom na półce w barze, bo jednak nie chciał ryzykować ich zniszczenia. Był też niewielki stoliczek, przy którym dłubał w drewnie, znalezione pniaki zmieniając w głowy zwierząt, lub czasem nawet całe ciała. Nie wtłaczał w nie magii, choć mniej więcej wiedział jak ożywia się takie figury. Wolał patrzeć na nieruchome rzeźby, na zetknięcie świata flory i fauny. Poza tym dłuto w ręku zawsze działało na niego kojąco. Pomagało przetrwać wieczory. Czasem noce.
Gdzieś nad jego głową pewnie krążyła zawsze matka. Piękna sokolica, przeklęta maledictusem istota, która... och, tak chciałby żeby to była prawda, pamiętała być może po ostatecznym przejściu w ciało bestii, że ma syna. Nie mogło być inaczej. Tylko dlaczego teraz żaden sokół wędrowny nie pojawiał się w zasięgu wzroku?
W Kniei łatwiej można było się oszukiwać.
Tutaj pozostawało osamotnienie.
– Może tak być. – odpowiedział nie patrząc nawet na świergotnika, który wleciał za nim i z zaciekawieniem obserwował zwierzęta. Barwny ptaszek potrafił przyprawić ludzi o szaleństwo, ale brakowało mu ich po przeprowadzce najbardziej. Zwłaszcza nocą, kiedy ich śpiew rozpraszał koszmary. Samuel uśmiechnął się a obecność intruza, no dobrze, oficjalnie zaproszonego gościa, nagle stała się milszą. Świergotnik... szkoda że było tak ciemno, przypasowałby mu od razu upierzenie.
W jego domu było wiele przytulnych zakamarków, stare książki należące do jego rodziny, które teraz znalazły sobie dom na półce w barze, bo jednak nie chciał ryzykować ich zniszczenia. Był też niewielki stoliczek, przy którym dłubał w drewnie, znalezione pniaki zmieniając w głowy zwierząt, lub czasem nawet całe ciała. Nie wtłaczał w nie magii, choć mniej więcej wiedział jak ożywia się takie figury. Wolał patrzeć na nieruchome rzeźby, na zetknięcie świata flory i fauny. Poza tym dłuto w ręku zawsze działało na niego kojąco. Pomagało przetrwać wieczory. Czasem noce.
Gdzieś nad jego głową pewnie krążyła zawsze matka. Piękna sokolica, przeklęta maledictusem istota, która... och, tak chciałby żeby to była prawda, pamiętała być może po ostatecznym przejściu w ciało bestii, że ma syna. Nie mogło być inaczej. Tylko dlaczego teraz żaden sokół wędrowny nie pojawiał się w zasięgu wzroku?
W Kniei łatwiej można było się oszukiwać.
Tutaj pozostawało osamotnienie.
– Może tak być. – odpowiedział nie patrząc nawet na świergotnika, który wleciał za nim i z zaciekawieniem obserwował zwierzęta. Barwny ptaszek potrafił przyprawić ludzi o szaleństwo, ale brakowało mu ich po przeprowadzce najbardziej. Zwłaszcza nocą, kiedy ich śpiew rozpraszał koszmary. Samuel uśmiechnął się a obecność intruza, no dobrze, oficjalnie zaproszonego gościa, nagle stała się milszą. Świergotnik... szkoda że było tak ciemno, przypasowałby mu od razu upierzenie.