04.04.2024, 14:51 ✶
Było w nieznajomym coś przyjemnie dzikiego. Może to była kwestia jego akcentu, może niezręczności tak bardzo zręcznej w obliczu kogoś o podobnych problemach - oderwanego od swoich korzeni, wrzuconego na głęboką wodę tworzenia relacji, znajdowania sobie na nowo miejsca w świecie.
Samuel wciąż wierzył, że szybko powróci do Kniei, mimo wszystko był bardzo samotny w swoim bólu, nie chcąc zamartwiać Lysandra, czy obciążać dodatkowo sobą i tak zabieganej Brenny. Innych przyjaciół nie posiadał, ciężko byłoby, gdyby było inaczej, skoro całe życie, a przynajmniej lwią jego część, spędził w puszczy.
Obserwował poczynania Niko mrużąc oczy, nie mogąc skupić się na nowo na hipogryfie, skoro miał przed sobą tak piękny, masywny okaz ludzki. Sam zwykł nieufnie podchodzić do ludzi, do momentu, gdy spragniona kontaktów towarzyskich głowa podsuwała mu jakieś skojarzenie ze znajomym mu gatunkiem. Tak samo było i teraz, gdy w ruchach mężczyzny odnalazł ciężar ale też gracje brunatnego niedźwiedzia, jednej z istot, które ofiarowywały mu swoją skórę.
Bycie McGonagallem zobowiązywało – człowiek stawał na granicy swojego czlowieczeństwa i zapraszał naturę do współistnienia. Sam mógł stawać się wielkim i brutalnym bysiorem, mógl też kurczyć się i wzbijać miedzy chmury. Mógł też – w zależności od potrzeb – przyjmować pośrednie formy, jego oczy zmieniały kolor to na tak ciemne w brązie że aż czarne, albo odwrotnie, rozjaśniały się ku czujnemu krogulczemu złotu. Od czasu gdy opuściła go matka, nie znał nikogo innego swojego rodzaju, ale miał instynktowne parcie ku osobom podobnym jemu. Nawet jeśli był tego kompletnie nieświadom...
Usłyszał bez problemu jego głos, wstał i niespiesznie podszedł nucąc pod nosem melodię, którą nucił hipogryfowi gdy poznali się te kilka lat temu. Nie podchodził bliżej zwierzęcia, ale usiadł metr od nich uśmiechając się łagodnie.
– Jak mała? Kto głaszcze lepiej? Ja czy Niko? – zagadnął zwierzę z czułością zarezerwowaną tylko dla nielicznych.
Samuel wciąż wierzył, że szybko powróci do Kniei, mimo wszystko był bardzo samotny w swoim bólu, nie chcąc zamartwiać Lysandra, czy obciążać dodatkowo sobą i tak zabieganej Brenny. Innych przyjaciół nie posiadał, ciężko byłoby, gdyby było inaczej, skoro całe życie, a przynajmniej lwią jego część, spędził w puszczy.
Obserwował poczynania Niko mrużąc oczy, nie mogąc skupić się na nowo na hipogryfie, skoro miał przed sobą tak piękny, masywny okaz ludzki. Sam zwykł nieufnie podchodzić do ludzi, do momentu, gdy spragniona kontaktów towarzyskich głowa podsuwała mu jakieś skojarzenie ze znajomym mu gatunkiem. Tak samo było i teraz, gdy w ruchach mężczyzny odnalazł ciężar ale też gracje brunatnego niedźwiedzia, jednej z istot, które ofiarowywały mu swoją skórę.
Bycie McGonagallem zobowiązywało – człowiek stawał na granicy swojego czlowieczeństwa i zapraszał naturę do współistnienia. Sam mógł stawać się wielkim i brutalnym bysiorem, mógl też kurczyć się i wzbijać miedzy chmury. Mógł też – w zależności od potrzeb – przyjmować pośrednie formy, jego oczy zmieniały kolor to na tak ciemne w brązie że aż czarne, albo odwrotnie, rozjaśniały się ku czujnemu krogulczemu złotu. Od czasu gdy opuściła go matka, nie znał nikogo innego swojego rodzaju, ale miał instynktowne parcie ku osobom podobnym jemu. Nawet jeśli był tego kompletnie nieświadom...
Usłyszał bez problemu jego głos, wstał i niespiesznie podszedł nucąc pod nosem melodię, którą nucił hipogryfowi gdy poznali się te kilka lat temu. Nie podchodził bliżej zwierzęcia, ale usiadł metr od nich uśmiechając się łagodnie.
– Jak mała? Kto głaszcze lepiej? Ja czy Niko? – zagadnął zwierzę z czułością zarezerwowaną tylko dla nielicznych.