04.04.2024, 22:11 ✶
Kiedy Sophie skończyła przelewać cytynówkę do butelek, wyczyściła baniaki i odpowiednio je zabezpieczyła. Nie chciała, żeby pobiły się w trakcie transportu do miejsca w którym będzie kontynuować swoje dzieło. Była smutna i rozgoryczona. Nadal była zdania, że decyzja dorosłych była niesprawiedliwa. Przecież uważała i nigdy nie doprowadziłaby do żadnego wypadku! Była rozsądną osobą. Może i nieco roztrzepaną i starającą się robić kilka rzeczy na raz, jednak bycie ambitnym było zaletą, a nie wadą! Dlaczego więc ojciec i wuj krytykowali jej pomysły? Kiedy tylko o tym myślała, a przez ostatnie dni myślała o tym często, czuła jak policzki ją palą ze złości i rozżalenia.
- A tego zdradzieckiego skrzata jak dorwę, too... - Warknęła sama do siebie pod nosem, jednak nie dokończyła zdania, bo tak właściwie to nie widziała co zrobi jak go "dorwie". Zapewne nic, skrzat tylko wykonywał swoje obowiązki.
Prychnęła cicho i zabrała się za pakowanie pustych butelek do kartonu. Przez złość którą w tym momencie czuła, jej ruchy były nieco bardziej zamaszyste niż zazwyczaj. Jedna z butelek wyślizgnęła się jej z dłoni i rozbiła, robiąc przy tym sporo hałasu. Sophie zmierzyła odłamki spojrzeniem, którego nie powstydziłby się Robert, po czym zaczęła szukać swojej różdżki. Nie pamiętała, gdzie położyła ten głupi kawałek drewna, więc irytacja w niej narastała. Dlaczego nic jej nie wychodziło? Na domiar złego, usłyszała kobiecy głos dochodzący z korytarza.
-Tak? Och... dobry wieczór. No cóż... - Wskazała dłonią na puste butelki.- Sprzątałam. Jakoś tak, mam dużo energii... - Spróbowała się uśmiechnąć. Zaśmiała się, że niby jest we wspaniałym nastroju, jednak śmiech ten bardziej przypominał śmiech rozpaczy niż radości. Dodatkowo, dziewczyna była czerwona, miała wilgotne czoło i włosy w nieładzie. Nie powiedziała nic więcej, nie bardzo wiedziała jak rozmawiać z macochą, ani jak się do niej zwracać.
- A tego zdradzieckiego skrzata jak dorwę, too... - Warknęła sama do siebie pod nosem, jednak nie dokończyła zdania, bo tak właściwie to nie widziała co zrobi jak go "dorwie". Zapewne nic, skrzat tylko wykonywał swoje obowiązki.
Prychnęła cicho i zabrała się za pakowanie pustych butelek do kartonu. Przez złość którą w tym momencie czuła, jej ruchy były nieco bardziej zamaszyste niż zazwyczaj. Jedna z butelek wyślizgnęła się jej z dłoni i rozbiła, robiąc przy tym sporo hałasu. Sophie zmierzyła odłamki spojrzeniem, którego nie powstydziłby się Robert, po czym zaczęła szukać swojej różdżki. Nie pamiętała, gdzie położyła ten głupi kawałek drewna, więc irytacja w niej narastała. Dlaczego nic jej nie wychodziło? Na domiar złego, usłyszała kobiecy głos dochodzący z korytarza.
-Tak? Och... dobry wieczór. No cóż... - Wskazała dłonią na puste butelki.- Sprzątałam. Jakoś tak, mam dużo energii... - Spróbowała się uśmiechnąć. Zaśmiała się, że niby jest we wspaniałym nastroju, jednak śmiech ten bardziej przypominał śmiech rozpaczy niż radości. Dodatkowo, dziewczyna była czerwona, miała wilgotne czoło i włosy w nieładzie. Nie powiedziała nic więcej, nie bardzo wiedziała jak rozmawiać z macochą, ani jak się do niej zwracać.