Kiedy odwiedzasz dom łowczyni potworów to spodziewasz się wielu rzeczy. Włącznie z tym, że będziesz musiał potem głaskać po głowie Vincenta, żeby udobruchać go, że byłeś u TEJ YAXLEY, czy może raczej po prostu: U YAXLEYÓW. Że co ty tam robisz, co robiłeś, co zamierzasz, a dlaczego, a po co, a czemu nie polegasz na swoim kuzynie... pewnie zaraz byłoby bardzo dużo słów do wyplucia i wiele do udowodnienia. Tego mógłby się spodziewać. Nawet uświadomił sobie, że powinien być gotów na to, że spotka tutaj Geraldine z jakimś paskudztwem wyciągniętym na samym środku salonu (chociaż o to jej nie podejrzewał) rozbebeszonym i przeglądanym, bo... bo akurat trzeba było rozdzielić części, albo coś sprawdzić, o czymś się przekonać. Pewnie by go zemdliło, zmiękłyby mu kolana, ale w porządku. POWINIEN być gotowy na takie rzeczy, szczególnie kiedy przychodził bez żadnego uprzedzenia i zapowiedzi. Tymczasem nie otworzyła mu nawet Geraldine. I znów - no tak. No tak, bo przecież ta kobieta mimo swojej... męskości... noszonej z dumą (i kobiecości zarazem) miała wielkie i święte prawo mieć partnera. Mogła mieć nawet gościa (chociaż nie było standardem zachowań w kalendarzu Prewetta, że to gość drzwi otwiera) i po prostu... przeszkadzałby. Wiele rzeczy mogło się stać. Tylko, na słodkie nogi Morgany, dlaczego otworzył mu drzwi akurat TEN człowiek?
Człowiek, który nawet nie był już człowiekiem.
Zrobił wielkie oczy już w samym progu, bardziej automatycznie niż z przekonaniem i pewnością przekraczając próg domu. Zamiast grzecznie od razu odpowiedzieć to najpierw w ogóle odbił spojrzeniem od Astarotha i cofnął pół kroczku, żeby sprawdzić numer. No tak, to się zgadzało. A już potem był w pieczarze, która powinna być mieszkaniem Geraldine... specyficznym, pewnie specyficznym... ale nadal - GERALDINE. Otworzyła mu zmora znad morza, która już raz bardzo odważnie groziła mu... czymś. Jakimś wzięciem pod lupę, jawnie wbijając w głowę nieufność wobec jego... rasy.
- Cóż... - Spokojnie, można to zacząć o wiele bardziej przyjaźnie, niżby się to rzucało na pierwszy plan. Cisnęło się wręcz na usta, że to było naprawdę paskudnie nieszczęśliwe zrządzenie losu, ale powstrzymał swój język przed wypowiedzeniem tego. - Nie spodziewałem się tutaj napotkać pana. - Niezapomnianego pana, temu nie dało się zaprzeczyć. I to nie tylko w tym wypadku przez urodę. Laurent automatycznie odsunął się od niego, jakby groziło mu zarażenie się czymś - w rzeczywistości chciał tylko zyskać jakieś minimum przestrzeni osobistej, bo jakoś tak Astaroth kojarzył mu się z przemocą. Nie mam pojęcia, dlaczego. - Przyszedłem do Geraldine. Nie pomyliłem adresów, tak? - Brzmiało to strasznie głupio w jego własnych uszach, ale naprawdę zgłupiał.