To nie przeszłość była bolesna. To myśl o tym, że nie możesz do tej przeszłości wrócić czasami podcinała nam skrzydła i sprawiała, że człowiek załamywał się w punkcie, w którym stał.
Piękno wspomnień potrafiło wbijać się pod skórę zadrami. Jak róża o delikatnych płatkach, które tak czarują, więc nieopatrznie zaciskasz dłoń na jej łodydze. I mimo wszystko każdy romantyk masochistycznie pragnął zaciskać na tej łodydze palce, choć nawet niekoniecznie chciał ją zerwać dla siebie. Wystarczyła jej bliskość, je woń, to, że pozostawiali na niej swój ślad i ten kontakt nie przejdzie w zapomnienie. Może im mocniej dłoń zacisną tym bardziej wedrą się w pamięć tej róży? Nie odejdą wtedy nigdy, będą żyli wiecznie?
Był jej bardzo wdzięczny, że dała mu tę chwilę, której potrzebował. Chwilę na to, żeby ochłonąć, żeby zebrać się do jednej całości i pokazać już w spokojniejszej formie. I dopiero potem dostać uścisk - to jak dostać muśnięcie tego kochanka i być różą, która chce dla siebie chociaż jedną kropelkę krwi. Objął ją ramionami i przymknął oczy, głaszcząc ją delikatnie po plecach, jakby to ona potrzebowała pocieszenia. Potrzebowała. Potrzebowali teraz siebie wzajem, żeby być oparciem, żeby być przypomnieniem, że nie ważne, co działo się wiele lat temu - dzisiaj mieli rok 1972 i byli tutaj razem. Nie w małym pokoju na poddaszu, nie na schodach Hogwartu. Tutaj, w słonecznym Londynie, z końmi, które zaczęły skubać trawę, chociaż zdecydowanie nie powinny tego robić podczas przejażdżki. Chwilowo ta dwójka miała inne zmartwienia i inne myśli w swojej głowie.
- Cofnęłaś się do lat szkolnych? - Uśmiechnął się smętnie, chociaż wcale nie chciał, żeby tak ten uśmiech wypadł. - Było chociaż coś dobrego w tym wspomnieniu? - Coś miłego w oczekiwaniu, chociaż sam nie wspominał Hogwartu dobrze, a tym bardziej cofanie się do pierwszego dnia, kiedy miałeś zostać przydzielony do domu i zastanawiałeś się, czy to będzie dobry wybór Tiary, czy wrzuci wróbla między wrony. Z perspektywy czasu miał poczucie, że wolałby iść do jakiegokolwiek innego domu niż do Slytherinu. Ucałował czubek jej głowy. Każdy przecież potrzebował dotyku, czułości, to było ludzkie. Ta potrzeba tkwiła w nas, mogła być tylko negowana i odpychana. Jedni potrzebowali kontaktu więcej niż inni, ale Laurent... Laurent potrzebował go dużo. Bardzo dużo. Dopiero kiedy byłeś ciało przy ciele miałeś pewność, że jesteś z kimś blisko. Ta osoba była realna i emocje płynące między wami były realne. I wcale nie musiały być zabarwione romantyzmem.
- Nie. - Wyrwało mu się trochę za szybko, trochę za gwałtownie. - Nie. - Poprawił się ciszej i spokojniej, reflektując nad własną reakcją. - Zabiorę ją ze sobą. - Cofnął ręce z pleców Olivii i podszedł do pozytywki, żeby ją podnieść i obejrzeć raz jeszcze. Róża. Krew. Masochizm. Laurent naprawdę chciał wykrwawić się jeszcze trochę dla tego przedmiotu. - Myślałem, że już nie pamiętam twarzy mojej matki. Że nie pamiętam brzmienia jej głosu. Ale ta pozytywka pozwoliła mi sobie przypomnieć. - Jaki to był strach, że pamięć będzie cię zawodzić, wiedział tylko ten, kto zbyt wcześnie stracił kogoś bliskiego. Zamknął pozytywkę i przygarnął do swojej piersi, jakby była skarbem, który trzeba chronić. Nie zamierzał próbować jej nakręcać drugi raz, przynajmniej nie teraz. Ale w tym momencie, gdy spojrzał na zieloną przestrzeń wokół nich, nawet nie potrafił się zmusić do myśli, że powinien ją zostawić, bo przecież ktoś mógłby za nią tęsknić.