05.04.2024, 13:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2024, 13:57 przez Millie Moody.)
– Pff, kumasz to? Grać na hajs z jasnowidzem? Nie wiem kto normalny siada z nimi do gry, a Morfina mówił mi, że to wcale nie takie rzadkie. Ale zczai to, takie granie jak jasnowidz z jasnowidzem. Jak jakaś pieprzona partia szachów nic nie robią tylko świecą oczami grając wszystko w swoich głowach... – prychnęła rozbawiona, ładując sobie palce między czarne włosy i gwałtownie czochrając się w uspokajającym geście. Jej matka była jasnowidzką, ona też powinna nim być, ale wyszło jak wyszło, nieudany eksperyment genetyczny. To nie było warte roztrząsania teraz, ale myśl przychodziła falą. Dobrze też, że mogła sobie pójść w diabły.
– Pierdolą mnie te Twoje porady tak, że zaraz walnę Ci tu wielokrotnym orgazmem na stole. Spacyfikuje go żarciem, będzie spał jak bobas i chuja mu będzie do tego jaki mam gustowny język nasrany staroangielskim i nowoangielskim kwieciem – sypnęła lekko ale potem drastycznie spoważniała, gdy temat płynnie przesunął się na Mulcibera. Znali się od lat, powiedzieć, że Mills go nie lubiła to jak nie powiedzieć nic. Ale też jako osoba, która wielokrotnie miała suszoną głowę na wiele różnych sposobów, której próbowano wybić z tej głowy wiele różnych głupot i która ostatecznie i tak ukorzeniały się bardziej. Wiele rzeczy, których Alastor nawet nie był w stanie z niej wyplenić.
Mills z rezygnacją wyciągnęła swoją talię kart, którą Ambrosia mogła rozpoznać bez większych problemów. To była jej pierwsza talia, do bólu standardowy A.E. Weita, który dostała lata temu od Morpheusa, wytarty latami użytkowania. BUmowczyni (bumerka?) nie obchodziła się ze swoimi kartami z nabożnym szacunkiem, w dupie miała obmywanie ich księżycowym blaskiem i pierdami jednorożca. Ale przemawiał przez nią sentyment. Zwykła mawiać, że karty to chuje, ale to były jej karty. Jej chuje.
– No dobra, to zobaczymy co Ci poradzą na tego małego kutasika, który wciąż nie może ogarnąć, że mu przy Tobie byłoby najlepiej. – mruknęła rozpoczynając tas i coś w złocistych oczach, w zaciętej minie wskazywało, że decyzja została już podjęta i żadne argumenty nie trafią do panny Moody, żeby przerwać wróżbę. Z resztą... przerywanie wróżby przynosiło pecha.
– Czyli tak... porada ogólna jak spacyfikować debila, co by znów po stopach Cię lizał czy co tam lubicie robić. – Morpheus zawsze przerabiał pytanie okraszając je poetyckim pierdololo, wybierał patrona wróżby modlił się do dawno zdechłych bogów. Lubiła go w jakiś dziwny, niezrozumiały dla siebie sposób, ale kurwa bez przesady.
Między kobietami całkiem szybko pojawił się krzyż i jego słup, który Milded zawsze układała piorunowym zygzakiem. W jej przypadku rzadko kiedy cokolwiek było proste, w kartach znajdowało się tego odbicie.
Gdy wszystkie karty już znalazły swoje miejsce gwizdnęła przeciągle patrząc to na stół to na pozostałą talie w ręku.
– Same za siebie nie możecie szmaty, więcej mieczy się nie dało? – burknęła zdecydowanie kierując swoje słowa do kart, a następnie zwróciła się do blondynki, łapiąc za ostatnią kartę z uśmiechniętą Cesarzową.
– Dobra widzisz, dobrze się to wszystko skończy. Zachwycony na kolanach Twoją władczą kobiecością, przyjdzie na kolanach Ci wylizać... stopy ofc– paskudny uśmiech rozjechał się po bladej twarzy, jakby chciała dodać: a potem mi wszystko opowiesz z detalami bejbe.
– Pierdolą mnie te Twoje porady tak, że zaraz walnę Ci tu wielokrotnym orgazmem na stole. Spacyfikuje go żarciem, będzie spał jak bobas i chuja mu będzie do tego jaki mam gustowny język nasrany staroangielskim i nowoangielskim kwieciem – sypnęła lekko ale potem drastycznie spoważniała, gdy temat płynnie przesunął się na Mulcibera. Znali się od lat, powiedzieć, że Mills go nie lubiła to jak nie powiedzieć nic. Ale też jako osoba, która wielokrotnie miała suszoną głowę na wiele różnych sposobów, której próbowano wybić z tej głowy wiele różnych głupot i która ostatecznie i tak ukorzeniały się bardziej. Wiele rzeczy, których Alastor nawet nie był w stanie z niej wyplenić.
Mills z rezygnacją wyciągnęła swoją talię kart, którą Ambrosia mogła rozpoznać bez większych problemów. To była jej pierwsza talia, do bólu standardowy A.E. Weita, który dostała lata temu od Morpheusa, wytarty latami użytkowania. BUmowczyni (bumerka?) nie obchodziła się ze swoimi kartami z nabożnym szacunkiem, w dupie miała obmywanie ich księżycowym blaskiem i pierdami jednorożca. Ale przemawiał przez nią sentyment. Zwykła mawiać, że karty to chuje, ale to były jej karty. Jej chuje.
– No dobra, to zobaczymy co Ci poradzą na tego małego kutasika, który wciąż nie może ogarnąć, że mu przy Tobie byłoby najlepiej. – mruknęła rozpoczynając tas i coś w złocistych oczach, w zaciętej minie wskazywało, że decyzja została już podjęta i żadne argumenty nie trafią do panny Moody, żeby przerwać wróżbę. Z resztą... przerywanie wróżby przynosiło pecha.
– Czyli tak... porada ogólna jak spacyfikować debila, co by znów po stopach Cię lizał czy co tam lubicie robić. – Morpheus zawsze przerabiał pytanie okraszając je poetyckim pierdololo, wybierał patrona wróżby modlił się do dawno zdechłych bogów. Lubiła go w jakiś dziwny, niezrozumiały dla siebie sposób, ale kurwa bez przesady.
Między kobietami całkiem szybko pojawił się krzyż i jego słup, który Milded zawsze układała piorunowym zygzakiem. W jej przypadku rzadko kiedy cokolwiek było proste, w kartach znajdowało się tego odbicie.
![[Obrazek: IwwMsi2.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=IwwMsi2.jpeg)
Gdy wszystkie karty już znalazły swoje miejsce gwizdnęła przeciągle patrząc to na stół to na pozostałą talie w ręku.
– Same za siebie nie możecie szmaty, więcej mieczy się nie dało? – burknęła zdecydowanie kierując swoje słowa do kart, a następnie zwróciła się do blondynki, łapiąc za ostatnią kartę z uśmiechniętą Cesarzową.
– Dobra widzisz, dobrze się to wszystko skończy. Zachwycony na kolanach Twoją władczą kobiecością, przyjdzie na kolanach Ci wylizać... stopy ofc– paskudny uśmiech rozjechał się po bladej twarzy, jakby chciała dodać: a potem mi wszystko opowiesz z detalami bejbe.