Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Dzień, jak każdy inny, dzień bez kłótni dniem straconym, przynajmniej dla Yaxley. Jej też się czepiali, może nie tym razem, chociaż wiedziała, że te słowa potrafią wracać, sama często zastanawiała się, czy faktycznie coś jest z nią nie tak, bo jej wygląd wzbudzał kontrowersje delikatnie mówiąc. Babochłop, olbrzymka, paskuda, potwór wiele słów padało. Nic nie znaczących, niby nic. Ona przywykła do walki mieczem, nie słowem, niestety.
Alkohol by się przydał, lubiła go bardzo, powątpiewała jednak, żeby stary barman, który miał dzisiaj zmianę zdecydował się im go nalać. Mogłoby z tego wyniknąć coś większego, a szkoda, bo wiedziała, że nie ma nic lepszego na ukojenie nerwów. Pozostawało napić się kremowego piwa i udawać, że smakuje inaczej. Niedługo wakacje, będzie mogła raczyć się trunkami z ojcowej piwnicy.
- Bagshot? - Rzuciła. Zmrużyła oczy, żeby pomyśleć, co właściwie myślała. Musiała się nad tym dłużej zastanowić. Nie pasował jej do drużyny, nie, że go nie lubiła, bo trzymali się w końcu razem, ale drużyna zdecydowanie nie była jego miejscem.
- Nie myślę na pewno o jego kutasie. - Zaczęła, bo Mills poszła w zdecydowanie innym kierunku. - Nie zastanawiałam się nad tym, jebie mnie, czy jest Żydem, czy nie Żydem tak naprawdę. - Tak samo, jak jebało ją to jaka krew płynie w czyich żyłach. - Wiesz, że miałam możliwość to sprawdzić? W zeszłym roku chciał, żebym z nim poszła na randkę. - Roześmiała się przy ostatnim słowie dość nerwowo. - Ścięty, czy nie ścięty na pewno go używa, bo te laski łaszą się do niego jak kotki w rui. - Miał więc prawo korzystać z okazji.