05.04.2024, 21:27 ✶
Sama Brenna nie paliła, ale przywykła do gryzącego zapachu papierów. Po te sięgali jej krewni i przede wszystkim – mieszanina zapachy nikotyny oraz kawy stanowiła swego rodzaju znak rozpoznawczy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. W efekcie część ubrań Brenny dawno już przesiąkła tą wonią i praktycznie nie zwracała na nią uwagi, przynajmniej dopóki nie próbowała jej odróżnić od równie charakterystycznego i niekiedy odrobinę podobnego odoru czarnej magii.
– Jeśli miejscowość jest turystyczna, to prawie na pewno tak – powiedziała, rozglądając się. Wprawdzie nie dostrzegła żadnego szyldu, ale jakiś bar bez wątpienia krył się w jednej z bocznych uliczek. Brenny jednak nie kusiło tym razem, bo w takim siadać – w normalnych okolicznościach może i chętnie zwiedziłaby na spokojnie Beamish, wpadła do okolicznych muzeów, przespacerowała się ulicami sennego miasteczka i rozejrzała po zielonych terenach. Ale tym razem była mocno skupiona na celu tej wyprawy.
Brenna nie czuła się jak mózg tej operacji. Nie była pewna, czy cała ta operacja w ogóle ma mózg – ona i Olivia po prostu parły do przodu siłą rozpędu, trochę z ciekawości, trochę ze współczucia, trochę bo Olivię chyba cała sytuacja fascynowała i wzbudzała pewien entuzjazm, a z kolei Brenna nie umiała zwyczajnie odpuszczać. To było szaleństwo, w które obie brnęły i żadna z nich nie zastanawiała się nawet, ile ma to sensu (a przynajmniej Brenna nie rozmyślała o tym długo, bo… warto było przynajmniej spróbować).
– Hm, pytanie, czy dadzą nam do niego dostęp… nie wzięłam jakoś bardzo dużo gotówki i wstyd się przyznać, ale zauroczanie innych idzie mi raczej marnie – mruknęła, podsuwając Olivii swoje notatki, by mogła zerknąć na odnotowane w ich imiona – w tym imię kupca, Eliasz - oraz nazwiska. Pomyślała jednak, że tym będą martwić się później. Ale wątpiła, by znalazły tutaj ten naszyjnik – bo czy gdyby tutaj trafił, to Dylan nie odszedłby już po prostu w za światy?
*
– Gdybym była w Little Hangleton, pomyślałabym, że chcą nas złożyć w ofierze mrocznym bóstwom. Tutaj… mam wrażenie, że nieodpowiednio się ubrałyśmy? – powiedziała Brenna z zastanowieniem, patrząc jak dzieci na ich widok odwracają się i biegną w inną stronę. Zazwyczaj mugole albo ją ignorowali, albo w – Dolinie, gdzie sporo z nich kojarzyła – po prostu mówili dzień dobry, więc zachowanie miejscowych wprawiało ją w odrobinę konsternacji. Ale to było zwykłe, mugolskie miasteczko, prawda? Nie było powodu, aby wietrzyć jakiś podstęp.
– Przykro mi, ale niestety dziś nie mamy za wiele czasu, niedługo będziemy miały autobus – odparła Brenna kobiecie, z udawanym żalem, po czym posłała jej uśmiech. Domyślała się, że ta chce po prostu zarobić, nie dziwiła się temu zbytnio, i liczyła, że skoro miejscowa sama zagadała, odpowie na kolejne pytanie mimo odmowy zwiedzania. – Chciałyśmy wpaść tylko do muzeum. Wie pani, wujek mówił, że są w nim klejnoty, które podarował przodek jego znajomego… Podobno to piękny naszyjnik, z niebieskimi szafirami i jakimiś czarnymi kamieniami, kolia, przekazany przez Aldertonów w XIX wieku.
– Jeśli miejscowość jest turystyczna, to prawie na pewno tak – powiedziała, rozglądając się. Wprawdzie nie dostrzegła żadnego szyldu, ale jakiś bar bez wątpienia krył się w jednej z bocznych uliczek. Brenny jednak nie kusiło tym razem, bo w takim siadać – w normalnych okolicznościach może i chętnie zwiedziłaby na spokojnie Beamish, wpadła do okolicznych muzeów, przespacerowała się ulicami sennego miasteczka i rozejrzała po zielonych terenach. Ale tym razem była mocno skupiona na celu tej wyprawy.
Brenna nie czuła się jak mózg tej operacji. Nie była pewna, czy cała ta operacja w ogóle ma mózg – ona i Olivia po prostu parły do przodu siłą rozpędu, trochę z ciekawości, trochę ze współczucia, trochę bo Olivię chyba cała sytuacja fascynowała i wzbudzała pewien entuzjazm, a z kolei Brenna nie umiała zwyczajnie odpuszczać. To było szaleństwo, w które obie brnęły i żadna z nich nie zastanawiała się nawet, ile ma to sensu (a przynajmniej Brenna nie rozmyślała o tym długo, bo… warto było przynajmniej spróbować).
– Hm, pytanie, czy dadzą nam do niego dostęp… nie wzięłam jakoś bardzo dużo gotówki i wstyd się przyznać, ale zauroczanie innych idzie mi raczej marnie – mruknęła, podsuwając Olivii swoje notatki, by mogła zerknąć na odnotowane w ich imiona – w tym imię kupca, Eliasz - oraz nazwiska. Pomyślała jednak, że tym będą martwić się później. Ale wątpiła, by znalazły tutaj ten naszyjnik – bo czy gdyby tutaj trafił, to Dylan nie odszedłby już po prostu w za światy?
*
– Gdybym była w Little Hangleton, pomyślałabym, że chcą nas złożyć w ofierze mrocznym bóstwom. Tutaj… mam wrażenie, że nieodpowiednio się ubrałyśmy? – powiedziała Brenna z zastanowieniem, patrząc jak dzieci na ich widok odwracają się i biegną w inną stronę. Zazwyczaj mugole albo ją ignorowali, albo w – Dolinie, gdzie sporo z nich kojarzyła – po prostu mówili dzień dobry, więc zachowanie miejscowych wprawiało ją w odrobinę konsternacji. Ale to było zwykłe, mugolskie miasteczko, prawda? Nie było powodu, aby wietrzyć jakiś podstęp.
– Przykro mi, ale niestety dziś nie mamy za wiele czasu, niedługo będziemy miały autobus – odparła Brenna kobiecie, z udawanym żalem, po czym posłała jej uśmiech. Domyślała się, że ta chce po prostu zarobić, nie dziwiła się temu zbytnio, i liczyła, że skoro miejscowa sama zagadała, odpowie na kolejne pytanie mimo odmowy zwiedzania. – Chciałyśmy wpaść tylko do muzeum. Wie pani, wujek mówił, że są w nim klejnoty, które podarował przodek jego znajomego… Podobno to piękny naszyjnik, z niebieskimi szafirami i jakimiś czarnymi kamieniami, kolia, przekazany przez Aldertonów w XIX wieku.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.