05.04.2024, 21:37 ✶
Nie było mowy, aby Brenna poszła do Munga i nie tylko dlatego, że zatrzymano by ją tam na o wiele za długo, na co nie mogła sobie pozwolić. Po prostu padłyby niewygodne pytania, dotyczące tego, co się stało, a informacje mogłyby dotrzeć do Biura. I o ile poparzenia dało się uzasadnić stosunkowo łatwo, o tyle już fakt, że Brenna nosiła ślady duszenia – i to takiego, które omal nie skończyło się śmiercią – byłby trudniejszy do wytłumaczenia. Zadowoliła się więc pomocą znajomego medyka, porcją wigginowego, maścią na gardło, okładami na kolana i wywarem na dłonie. I taka kuracja przyniosła równie dobre efekty, jak pobyt w szpitalu, a może i lepsze: bo tam Brenna na pewno by się wkurzała.
Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy Heather odpowiedziała – i to tak głośno – bo to znaczyło, że coś do niej „doleciało”. Brenna ćwiczyła już od dawna, z Mavelle głównie, ale nie poświęciła na to na razie dość czasu, by wychodziło jej za każdym razem. W gruncie rzeczy wychodziło rzadziej niż nie wychodziło. Z odbieraniem wiadomości natomiast na dwoje babka wróżyła: czasem nie była w stanie odebrać komunikatu, a czasem z jakichś powodów miała problem z jego zablokowaniem.
„Tak”.
Tylko czy „tak” naprawdę oznaczało tutaj potwierdzenie?
– Usłyszałam – odpowiedziała, odruchowo na głos, a potem westchnęła i opuściła dłonie, starając się ułożyć ręce tak, by ich nie urażać. Pieczenie było już niewielkie i znośne, ale i tak rozpraszało nieco i utrudniało wysyłanie wiadomości. – Ta wyspa… – zaczęła, po czym urwała, i spróbowała przesłać kolejne słowa wprost do głowy Heather, raz, drugi i trzeci, bo nie była pewna, czy najpierw nie powiodło się, bo ona nie zdołała zrobić czegoś poprawnie, czy też Heather zrozumieć odpowiedzi.
…była paskudna, rozbrzmiało po kilku próbach w umyśle Wood.
– Gdybyś chciała o tym pogadać, to wiesz, żaden problem. Ale nie to, że zmuszam, rozumiem, że… możesz woleć po prostu o tym nie myśleć – dokończyła Brenna już na głos, uznając, że nie ma szans przekazać samymi falami tak skomplikowanego komunikatu. Paskudna to było przecież wielkie niedomówienie. W głowie Brenny wciąż tkwiło wspomnienie ciemności z tamtego miejsca. Żarłocznej, wszechogarniającej. I sama nie chciała o tym z nikim rozmawiać, nie chciała o tym myśleć i nie zamierzała zmuszać do rozmowy innych, ale jednocześnie przeczuwała, że może właśnie tego potrzebują. Gdzieś w niej zaś mieszały się teraz wyrzuty sumienia, że ich w ten mrok poprowadziła, że musieli przez to wszystko przejść – i być może nieco niewłaściwe poczucie triumfu, że wyszli z tego cało i zdążyli. Nóż nie dostanie się już w niepowołane ręce.
Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy Heather odpowiedziała – i to tak głośno – bo to znaczyło, że coś do niej „doleciało”. Brenna ćwiczyła już od dawna, z Mavelle głównie, ale nie poświęciła na to na razie dość czasu, by wychodziło jej za każdym razem. W gruncie rzeczy wychodziło rzadziej niż nie wychodziło. Z odbieraniem wiadomości natomiast na dwoje babka wróżyła: czasem nie była w stanie odebrać komunikatu, a czasem z jakichś powodów miała problem z jego zablokowaniem.
„Tak”.
Tylko czy „tak” naprawdę oznaczało tutaj potwierdzenie?
– Usłyszałam – odpowiedziała, odruchowo na głos, a potem westchnęła i opuściła dłonie, starając się ułożyć ręce tak, by ich nie urażać. Pieczenie było już niewielkie i znośne, ale i tak rozpraszało nieco i utrudniało wysyłanie wiadomości. – Ta wyspa… – zaczęła, po czym urwała, i spróbowała przesłać kolejne słowa wprost do głowy Heather, raz, drugi i trzeci, bo nie była pewna, czy najpierw nie powiodło się, bo ona nie zdołała zrobić czegoś poprawnie, czy też Heather zrozumieć odpowiedzi.
…była paskudna, rozbrzmiało po kilku próbach w umyśle Wood.
– Gdybyś chciała o tym pogadać, to wiesz, żaden problem. Ale nie to, że zmuszam, rozumiem, że… możesz woleć po prostu o tym nie myśleć – dokończyła Brenna już na głos, uznając, że nie ma szans przekazać samymi falami tak skomplikowanego komunikatu. Paskudna to było przecież wielkie niedomówienie. W głowie Brenny wciąż tkwiło wspomnienie ciemności z tamtego miejsca. Żarłocznej, wszechogarniającej. I sama nie chciała o tym z nikim rozmawiać, nie chciała o tym myśleć i nie zamierzała zmuszać do rozmowy innych, ale jednocześnie przeczuwała, że może właśnie tego potrzebują. Gdzieś w niej zaś mieszały się teraz wyrzuty sumienia, że ich w ten mrok poprowadziła, że musieli przez to wszystko przejść – i być może nieco niewłaściwe poczucie triumfu, że wyszli z tego cało i zdążyli. Nóż nie dostanie się już w niepowołane ręce.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.