05.04.2024, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2024, 10:19 przez Brenna Longbottom.)
W snach ożywały wszystkie lęki, a w nieprawdziwych wizjach, utkanych ze strachów i niespełnionych nadziei, czaiła się ciemność, która chciała ją pochłonąć. Tutaj, w promieniach słońca, zdawało się to dalekie i nieprawdziwe – ale tylko do momentu, w którym Brenna opuszczała spojrzenie na sztylet.
To nie tak, że na wyspie zobaczyła coś nowego: coś, czego od dawna nie nosiłaby w duszy. Ale ubrane w szatę snu, udającego jawę, stawało się bardziej namacalne.
Zwłaszcza, że jej sen wcale nie był nieprawdopodobny.
Wiedziała, że przynajmniej niektóre jego elementy muszą się spełnić.
– Nie jestem pewna, czy zrozumiałam wszystko, co do mnie powiedziałeś, ale wydaje mi się, że mamy na myśli mniej więcej to samo – powiedziała Brenna, gdy Morpheus skończył mówić. Kiedy wyjaśniał naturę życia i nie życia sztyletu, przystanęła na moment, ale zaraz na powrót podjęła wędrówkę w tę i z powrotem, jakby nie mogła usiedzieć w miejscu. Mogła to być równie dobrze oznaka stresu, jak efekt tego, że jak na siebie przespała bardzo, bardzo dużo godzin, a potem jeszcze kilka grzecznie leżała czy na łóżku, czy na kanapie, i teraz zaczynało ją dosłownie nosić po tym przymusowym odpoczynku.
Wpatrywała się w odnaleziony sztylet, spoczywający bezpiecznie w szkatułce. Zaginiony przed laty, znów wyciągnięty na światło dzienne.
I mający zostać zniszczony. Raz na zawsze.
– Och, bogowie, za żadne skarby. Departament Tajemnic chciałby ten sztylet badać: to trochę tak jak… jak mugolska bomba… atamowa? – powiedziała, myląc „atomową”, bo ostatecznie nie znała się na mugolskim świecie aż tak bardzo. – Jak ludzie mają taką broń, prędzej czy później ktoś zechce ją użyć, a w Ministerstwie Magii jest trochę zbyt wielu Borginów, Mulicberów i cholera wie, kogo jeszcze…
Ostatecznie, Voldemort werbował przede wszystkim wśród konserwatywnych rodów czystej krwi, dopiero drugą oś werbunku, szmalcowników, stanowili półkrwi z Nokturna. A przecież właśnie konserwatywne rody czystej krwi miały najwięcej przedstawicieli na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Magii. Brenna mogła w Ministerstwie pracować, ale doskonale wiedziała, że jeśli sztylet zostałby powierzony właśnie tej instytucji, trafiłby w ręce Voldemorta najpóźniej w przyszły czwartek.
– Jakieś pomysły, jak to zrobić? Jeśli spróbuję go po prostu wybuchnąć, nie walnie w nas ogromna fala ciemności?
Pod pewnymi względami była typową Gryfonką – jej pierwszą myślą było „po prostu to wysadzić”.
Pod innymi względami niosła w sobie jednak odrobinę więcej rozumu niż przypisywano przeciętnemu Gryfonowi: bo nie podniosła różdżki, aby to zrobić, a czekała na werdykt kogoś bardziej zorientowanego w temacie.
– Jeśli nic innego nie zadziała, spróbujemy. Zwalimy to na mnie, obiecuję nie wydać twojego udziału nawet kładąc głowę na katowskim pieńku. Bo bardzo nie chciałabym, żeby... to namaściło w jakiś sposób Voldemorta, on do cholery niesie ze sobą wystarczająco wiele mroku – powiedziała, znów przystając i zaprzestając tej wędrówki, tak podobnej do tej, jaką uskuteczniał tego dnia Erik w jej pokoju. Spojrzała na Morpheusa, tym razem z pewnym zamyśleniem. – Nie mogę go dotknąć. Jego rękojeści. Nie jestem w stanie – wyznała. Nie miała pojęcia, co to może oznaczać, choć mogła mieć teorie, ale być może była ta istotna informacja, potencjalnie przydatna przy próbie zniszczenia tego przedmiotu. Morpheus nie mógł wydobyć sztyletu z pochwy, ale mógł go wynieść z podziemi. Brenna nie była w stanie nawet musnąć rękojeści palcami.
To nie tak, że na wyspie zobaczyła coś nowego: coś, czego od dawna nie nosiłaby w duszy. Ale ubrane w szatę snu, udającego jawę, stawało się bardziej namacalne.
Zwłaszcza, że jej sen wcale nie był nieprawdopodobny.
Wiedziała, że przynajmniej niektóre jego elementy muszą się spełnić.
– Nie jestem pewna, czy zrozumiałam wszystko, co do mnie powiedziałeś, ale wydaje mi się, że mamy na myśli mniej więcej to samo – powiedziała Brenna, gdy Morpheus skończył mówić. Kiedy wyjaśniał naturę życia i nie życia sztyletu, przystanęła na moment, ale zaraz na powrót podjęła wędrówkę w tę i z powrotem, jakby nie mogła usiedzieć w miejscu. Mogła to być równie dobrze oznaka stresu, jak efekt tego, że jak na siebie przespała bardzo, bardzo dużo godzin, a potem jeszcze kilka grzecznie leżała czy na łóżku, czy na kanapie, i teraz zaczynało ją dosłownie nosić po tym przymusowym odpoczynku.
Wpatrywała się w odnaleziony sztylet, spoczywający bezpiecznie w szkatułce. Zaginiony przed laty, znów wyciągnięty na światło dzienne.
I mający zostać zniszczony. Raz na zawsze.
– Och, bogowie, za żadne skarby. Departament Tajemnic chciałby ten sztylet badać: to trochę tak jak… jak mugolska bomba… atamowa? – powiedziała, myląc „atomową”, bo ostatecznie nie znała się na mugolskim świecie aż tak bardzo. – Jak ludzie mają taką broń, prędzej czy później ktoś zechce ją użyć, a w Ministerstwie Magii jest trochę zbyt wielu Borginów, Mulicberów i cholera wie, kogo jeszcze…
Ostatecznie, Voldemort werbował przede wszystkim wśród konserwatywnych rodów czystej krwi, dopiero drugą oś werbunku, szmalcowników, stanowili półkrwi z Nokturna. A przecież właśnie konserwatywne rody czystej krwi miały najwięcej przedstawicieli na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Magii. Brenna mogła w Ministerstwie pracować, ale doskonale wiedziała, że jeśli sztylet zostałby powierzony właśnie tej instytucji, trafiłby w ręce Voldemorta najpóźniej w przyszły czwartek.
– Jakieś pomysły, jak to zrobić? Jeśli spróbuję go po prostu wybuchnąć, nie walnie w nas ogromna fala ciemności?
Pod pewnymi względami była typową Gryfonką – jej pierwszą myślą było „po prostu to wysadzić”.
Pod innymi względami niosła w sobie jednak odrobinę więcej rozumu niż przypisywano przeciętnemu Gryfonowi: bo nie podniosła różdżki, aby to zrobić, a czekała na werdykt kogoś bardziej zorientowanego w temacie.
– Jeśli nic innego nie zadziała, spróbujemy. Zwalimy to na mnie, obiecuję nie wydać twojego udziału nawet kładąc głowę na katowskim pieńku. Bo bardzo nie chciałabym, żeby... to namaściło w jakiś sposób Voldemorta, on do cholery niesie ze sobą wystarczająco wiele mroku – powiedziała, znów przystając i zaprzestając tej wędrówki, tak podobnej do tej, jaką uskuteczniał tego dnia Erik w jej pokoju. Spojrzała na Morpheusa, tym razem z pewnym zamyśleniem. – Nie mogę go dotknąć. Jego rękojeści. Nie jestem w stanie – wyznała. Nie miała pojęcia, co to może oznaczać, choć mogła mieć teorie, ale być może była ta istotna informacja, potencjalnie przydatna przy próbie zniszczenia tego przedmiotu. Morpheus nie mógł wydobyć sztyletu z pochwy, ale mógł go wynieść z podziemi. Brenna nie była w stanie nawet musnąć rękojeści palcami.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.