Wiedział, że w świecie czarodziejów jeszcze pobrzmiewały echa tego sławetnego pojedynku, w którym wystąpił przeciwko bratu swojej dawnej kochanki. To, co miało miejsce, nie przeczyło nadanej mu łatce kobieciarza. Prawdą było to, że spragnionym sensacji dziennikarzom należało raz na czas rzucić okruchy z pańskiego stołu albo kość do obgryzienia - odpowiednio ukazywany fragment z jego życia, tak aby nie zaczęli zaglądać znacznie głębiej, wyciągając na światło dzienne to, co chciał ukryć przed światem. Nieprzeznaczoną na widok publiczny prywatność, to co było dla niego naprawdę ważne i warte podejmowania tego typu starań. Nie jest w stanie przewidzieć tego, co go czekało w mniej lub bardziej odległej przyszłości, ale ze wszystkim będzie musiał sobie poradzić.
— Jeśli taka pani wola. — Postanowił uznać zdecydowaną odmowę kobiety, wiedząc, że istnieje spora różnica między stosowaniem subtelnej zachęty a upartym nagabywaniem. To nie o niej myślał, kiedy wypowiadał te wszystkie słowa. — Pozwoli się pani zaprosić na tego rodzaju przygodę? — Postanowił dostosować się do sugestii kobiety. Nie traktował tego w pełni poważnie. Latanie na miotle mogło stanowić jedynie pretekst do spotkania z nim, które niechybnie mogłoby skończyć się seksem zainicjowanym przez niego albo przez nią, oczywiście bez uwzględnienia pewnych okoliczności o niebagatelnym znaczeniu. W mniejszym stopniu podejrzewał, że kobieta chciała sobie polatać na miotle w jego towarzystwie.
Zdecydowanie Amy była piękną kobietą, taką, z którą mógłby opuścić ten pokład i spędzić intensywną noc. Wszystko to było znacznie bardziej złożone - miało to służyć utrzymywaniu pozorów, zasadności łatki kobieciarza, kiedy tak naprawdę poszukiwał czegoś innego i tego typu przygody służyły zaspokojeniu czysto fizycznej potrzeby. To nie z tą kobietą chciał skończyć w łóżku podczas tego rejsu, ale mógłby to zrobić. Tak jak z wieloma innymi przed nią. Kiedy spędza czas z Laurentem to nie szuka sobie innego towarzystwa. Ograniczanie alkoholu sprzyjało zachowaniu trzeźwości umysłu i osądu.
— W istocie, nie potrzeba. Amatorskiego malowidła nikt nie musi oglądać, natomiast... fałszowanie nie jest miłe dla uszu. — Philipowi malowanie przypadło do gustu i może coś z tego będzie. Podobno śpiewać każdy może, jednak śpiewanie nie jest dla każdego. Tak myślał o sobie. Poza tym, gdyby sam zaoferował siebie jako tego śmiałka, który wykona amatorski występ, nie starałby się tak starannie zachęcić do tego samego Laurenta. — Nie jest to żaden przymus. Może być to szansa. — Wypowiedziane przez niego słowa nie pozostawały w sprzeczności z jego poglądami odnośnie korzystania z życia. Należało czerpać z niego pełnymi garściami. Jedynie teraz poznał, gdzie leżała granica. Z pewnością do świtu większość ludzi nie będzie pamiętać występu Laurenta. To, że Laurent zgodził się spróbować, przyjął z wyrażonym pełnym zadowolenia uśmiechem. Jednocześnie miał nadzieję, że nie zrobi tego wbrew sobie. Nie wymagał od niego tego występu. Nie oznaczało, że on nie sprawi mu przyjemności. Będzie on stanowić istotną cegiełkę, włożoną przez Laurenta w to przyjęcie.
— Właśnie na taki duet miałem nadzieję. — Wypowiadając te właśnie słowa miał przeczucie, że ten duet może stać się główną atrakcją tego wieczoru. Niech on trwa w najlepsze. Rozmowa, którą odbywali okazała się nad wyraz interesująca, przez co nie poszedł dla siebie po piwo. Nie mógł też przegapić występu Laurenta i Amy. Wygłoszony przez kobietę toast spotkał się z jego aprobatą, nawet jak ona naprawdę zaczynała tonąc w oceanie ginu. Pierwsza klasa była standardem, do którego przywykł. Tak jak do korzystania ze wszystkiego, co oferowała.
— Nie powiem w tym momencie nic nowego, zgadzam się z Williamem. Scena należy do ciebie. — Z pewnością to był dobry moment na to, aby powiedzieć Laurentowi, że jeśli nie czuje się gotowy to może się wycofać i nic się nie stanie. Trema dopadała najlepszych. Przed swoją pierwszą wypowiedzią w mediach też się denerwował, obawiając się prawdziwej katastrofy wizerunkowej. Początki kariery niezależnie od jej rodzaju bywają trudne. Nie zamierzał mu tego sugerować, jako że to byłoby niczym podcięcie skrzydeł. Laurent powinien je rozwinąć. W tym momencie był w stanie zgodzić się z Williamem, który te słowa wyjął mu dosłownie z ust, zarazem go w tym ubiegając. Uchwycił posłane mu spojrzenie, odpowiadając szczerym uśmiechem. Teraz naprawdę miał dobry humor i przynajmniej w tym momencie nie było tu miejsca na osobiste dramaty.
— Och, nie. Obecność na przyjęciach jest niejako częścią mojego zawodu, nawet jak wszystko z czasem powszednieje. W ostatnim czasie miałem też na głowie ten honorowy pojedynek, treningi i mecze. — Odpowiedział w typowy dla siebie sposób, omijając wszystko to, co niewygodne i nieprzeznaczone dla uszu obcych. Nie zamierzał opowiadać Williamowi o wszystkich swoich problemach osobistych. Jakoś część rozwiązał, choć nie bez pomocy samego Laurenta, ale niemożliwe było rozwiązanie wszystkich problemów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.