Przez moment wydawało się, że wróci do normalności - bo zapytał:
- C-co to je-st szewwska pasja? - Zabrzmiał przy tym jak na niego całkiem zwyczajnie - niby dwa razy się zająknął, ale w tonie jaki przyjął była jakaś lekka pogodność. Szybko jednak okazało się, jaką ułudą to było - bo momentalnie spochmurniał i znów otarł dłońmi zmęczoną, wilgotną od łez i wody twarz. Pytanie przywróciło go tylko na moment - tak krótki, aby nie dać nawet zbędnej nadziei - nie zdążył. A Flynn znów tonął w myślach napędzanych przerażeniem i poczuciem winy, na które tym razem faktycznie sobie zasłużył, a nie jedynie wymyślił sobie problem, chociaż... Może go sobie jednak wymyślił. Tym czego się dopuścił zrobił największą przykrość samemu sobie, a ostatnio uwielbiał działać na przekór własnym potrzebom i emocjom. Szczególnie, że musiał mierzyć się ze świadomością gotowości do kolejnej takiej sytuacji - co to o nim świadczyło, jeżeli nie stanowiło ostatecznego dowodu na jego drogę ku zupełnej autodestrukcji.
- Żeby nie było tego wszystkiego, co p-psuje mi humor - zawahał się, bo nie był pewny czy na pewno chce mówić to przy Aleksandrze - to musiałbym nie żyć. - Oh jak on cholernie nienawidził samego siebie. Aż nie mógł się zdecydować kogo nienawidził bardziej - innych osób (zwykle ujmowanych w jego myślach określeniem „społeczeństwa”) czy absolutnej gnidy, jaką był. Te myśli znikały po smacku, ale kiedy tylko przestawał go brać, żeby odpocząć, wracały ze zdwojoną siłą i coraz mocniej bał się, że pewnego dnia nie wytrzyma, a dusząc się, postanowi nie wybierać życia.
Wtulił się w niego mocniej, ale ledwie sekundę po tym odsunął się, żeby kaszlnąć lekko, a później pociągnąć nosem. To był inny kaszel, wyjątkowo denerwujący. I dotarło do niego, że wcale nie było mu zimno od kafelek, na których siedział.
- Al, jak umrę, to będziesz chciał mieć ze mną grób? Zrobisz mi taki nagrobek, do którego dopisuje się imiona żon? - Znów się o niego oparł, nie podnosząc się z ziemi. - Chyba mam gorączkę - przyznał, mimo wszystko rezygnując z dotknięcia czoła, bo zimny dreszcz jaki przeszył jego plecy był wystarczającym dowodem tego, że jutro uda mu się sprytnie uniknąć treningu na trapezie...
- C-co to je-st szewwska pasja? - Zabrzmiał przy tym jak na niego całkiem zwyczajnie - niby dwa razy się zająknął, ale w tonie jaki przyjął była jakaś lekka pogodność. Szybko jednak okazało się, jaką ułudą to było - bo momentalnie spochmurniał i znów otarł dłońmi zmęczoną, wilgotną od łez i wody twarz. Pytanie przywróciło go tylko na moment - tak krótki, aby nie dać nawet zbędnej nadziei - nie zdążył. A Flynn znów tonął w myślach napędzanych przerażeniem i poczuciem winy, na które tym razem faktycznie sobie zasłużył, a nie jedynie wymyślił sobie problem, chociaż... Może go sobie jednak wymyślił. Tym czego się dopuścił zrobił największą przykrość samemu sobie, a ostatnio uwielbiał działać na przekór własnym potrzebom i emocjom. Szczególnie, że musiał mierzyć się ze świadomością gotowości do kolejnej takiej sytuacji - co to o nim świadczyło, jeżeli nie stanowiło ostatecznego dowodu na jego drogę ku zupełnej autodestrukcji.
- Żeby nie było tego wszystkiego, co p-psuje mi humor - zawahał się, bo nie był pewny czy na pewno chce mówić to przy Aleksandrze - to musiałbym nie żyć. - Oh jak on cholernie nienawidził samego siebie. Aż nie mógł się zdecydować kogo nienawidził bardziej - innych osób (zwykle ujmowanych w jego myślach określeniem „społeczeństwa”) czy absolutnej gnidy, jaką był. Te myśli znikały po smacku, ale kiedy tylko przestawał go brać, żeby odpocząć, wracały ze zdwojoną siłą i coraz mocniej bał się, że pewnego dnia nie wytrzyma, a dusząc się, postanowi nie wybierać życia.
Wtulił się w niego mocniej, ale ledwie sekundę po tym odsunął się, żeby kaszlnąć lekko, a później pociągnąć nosem. To był inny kaszel, wyjątkowo denerwujący. I dotarło do niego, że wcale nie było mu zimno od kafelek, na których siedział.
- Al, jak umrę, to będziesz chciał mieć ze mną grób? Zrobisz mi taki nagrobek, do którego dopisuje się imiona żon? - Znów się o niego oparł, nie podnosząc się z ziemi. - Chyba mam gorączkę - przyznał, mimo wszystko rezygnując z dotknięcia czoła, bo zimny dreszcz jaki przeszył jego plecy był wystarczającym dowodem tego, że jutro uda mu się sprytnie uniknąć treningu na trapezie...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.