06.04.2024, 11:12 ✶
Rozległ się huk. Może nie tak głośny, by postawić całe sąsiedztwo na nogi, ale na pewno doskonale słyszalny w najbliższej okolicy – dobiegł nawet uszu Dory na tyłach, mogła więc mieć pewność, że Heather wzięła sobie do serca to całe odwracanie uwagi i przykładała do swojego zadania. Płot trochę ucierpiał, a witki miotły Brygadzistki powyginały się nieco i pewnie później będzie wymagała drobnego przeglądu w pracowni Woodów. Upadek samej Heather, ze względu na to, że był do pewnego stopnia kontrolowany, nie wyrządził jej wielkiej krzywdy, ale nabiła sobie kilka siniaków i wylądowała łokciem w kopcu… kreta? Mrówek?
Główne drzwi domu otworzyły się z impetem. Na progu stanął czarodziej w średnim wieku – niezbyt wysoki, siwiejący powoli, odziany w szatę (co pewnie wyjaśniało po części, czemu w Little Hangleton miał opinię dziwaka: w końcu dla mugoli już sam styl ubierania czynił z niego pewnie wariata).
– Co ty wyrabiasz?! – wrzasnął, ruszając szybkim krokiem ścieżką ku furtce. – Każę cię aresztować! Zniszczyłaś mój płot!
Najwyraźniej opowieści o tym, że był pieniaczem, człowiekiem niezbyt przyjemnym i porywczym, miały w sobie dużo prawdy. Nie rzucał wprawdzie jeszcze zaklęciami na prawo i lewo, ale jego ręka uciekła ku kieszeni szaty, jakby był gotów wyciągnąć różdżkę w każdej chwili.
– Mój płot!!! – sarknął, chociaż płot, po prawdzie, został zaledwie odrobinę odrapany, a on nawet tego odrapania nie mógł widzieć…
*
Jeśli jakieś czary ciążyły na tylnych drzwiach – Dora je rozproszyła, a prosta alohomora wystarczyła, aby Crawley mogła bezpiecznie dostać się do środka. Słyszała jeszcze krzyki Atlasa, wskazujące na to, że wybieg się udał i w domu nikogo nie ma. Już tuż za progiem przekonała się, że mężczyzna chyba faktycznie był zbieraczem: potknęła się w półmroku o korytarza o coś porzuconego przy drzwiach. Widziała sporo par butów, jakieś narzędzia ogrodnicze, kilka kurtek porzuconych na wieszaku. Najbliżej znajdowało się przejście do kuchni – również zagraconej, pełnej nie tylko garnków i naczyń, ale też jakichś figurek. Z dużym prawdopodobieństwem rzeczy bardziej podejrzane były jednak trzymane w którymś z trzech pozostałych pomieszczeń – były tu salon, sypialnia i jeszcze jeden pokój – a Dora miała stosunkowo niewiele czasu na ich przeszukanie. Pozostawało więc mieć nadzieję, że uśmiechnie się do niej szczęście i trafi na to, co powinna.
Wszystko co mogło należeć do młodej dziewczyny, było potencjalnie podejrzane, bo takiej Atlas nie miał w najbliższej rodzinie. Te, wedle przekazanych im informacji, wystarczyłoby porzucić przy śmietniku na tyłach domu, aby Brygadziści mogli „przypadkiem” je odnaleźć i bez nakazu przeszukania. Aparaty, zdjęcia – bo istniała całkiem spora szansa, że Hektor postanowił udokumentować swoją zbrodnią, jak zdarzało się niekiedy przestępcom, mającym nie po kolei w głowie, a dziewczyna wspominała o aparacie – te oddane bezpośrednio stanowiłyby mocny dowód. Ale też zawsze mogło rzucić się jej w oczy coś jeszcze, co stałoby się podstawą do kontynuowania śledztwa…
Na jednej ze ścian Dora dostrzegła dużą mapę – przedstawiającą ten dom właśnie. Kropka z imieniem Atlasa poruszała się właśnie do skraju mapy. Poza nią nie było na niej niczego: najwyraźniej prawdą było, że czarodziej rzucił rożne namierzające zaklęcia na dom. Na Dorę jednak nie działały, bo przedpokój na mapie pozostawał pusty.
Główne drzwi domu otworzyły się z impetem. Na progu stanął czarodziej w średnim wieku – niezbyt wysoki, siwiejący powoli, odziany w szatę (co pewnie wyjaśniało po części, czemu w Little Hangleton miał opinię dziwaka: w końcu dla mugoli już sam styl ubierania czynił z niego pewnie wariata).
– Co ty wyrabiasz?! – wrzasnął, ruszając szybkim krokiem ścieżką ku furtce. – Każę cię aresztować! Zniszczyłaś mój płot!
Najwyraźniej opowieści o tym, że był pieniaczem, człowiekiem niezbyt przyjemnym i porywczym, miały w sobie dużo prawdy. Nie rzucał wprawdzie jeszcze zaklęciami na prawo i lewo, ale jego ręka uciekła ku kieszeni szaty, jakby był gotów wyciągnąć różdżkę w każdej chwili.
– Mój płot!!! – sarknął, chociaż płot, po prawdzie, został zaledwie odrobinę odrapany, a on nawet tego odrapania nie mógł widzieć…
*
Jeśli jakieś czary ciążyły na tylnych drzwiach – Dora je rozproszyła, a prosta alohomora wystarczyła, aby Crawley mogła bezpiecznie dostać się do środka. Słyszała jeszcze krzyki Atlasa, wskazujące na to, że wybieg się udał i w domu nikogo nie ma. Już tuż za progiem przekonała się, że mężczyzna chyba faktycznie był zbieraczem: potknęła się w półmroku o korytarza o coś porzuconego przy drzwiach. Widziała sporo par butów, jakieś narzędzia ogrodnicze, kilka kurtek porzuconych na wieszaku. Najbliżej znajdowało się przejście do kuchni – również zagraconej, pełnej nie tylko garnków i naczyń, ale też jakichś figurek. Z dużym prawdopodobieństwem rzeczy bardziej podejrzane były jednak trzymane w którymś z trzech pozostałych pomieszczeń – były tu salon, sypialnia i jeszcze jeden pokój – a Dora miała stosunkowo niewiele czasu na ich przeszukanie. Pozostawało więc mieć nadzieję, że uśmiechnie się do niej szczęście i trafi na to, co powinna.
Wszystko co mogło należeć do młodej dziewczyny, było potencjalnie podejrzane, bo takiej Atlas nie miał w najbliższej rodzinie. Te, wedle przekazanych im informacji, wystarczyłoby porzucić przy śmietniku na tyłach domu, aby Brygadziści mogli „przypadkiem” je odnaleźć i bez nakazu przeszukania. Aparaty, zdjęcia – bo istniała całkiem spora szansa, że Hektor postanowił udokumentować swoją zbrodnią, jak zdarzało się niekiedy przestępcom, mającym nie po kolei w głowie, a dziewczyna wspominała o aparacie – te oddane bezpośrednio stanowiłyby mocny dowód. Ale też zawsze mogło rzucić się jej w oczy coś jeszcze, co stałoby się podstawą do kontynuowania śledztwa…
Na jednej ze ścian Dora dostrzegła dużą mapę – przedstawiającą ten dom właśnie. Kropka z imieniem Atlasa poruszała się właśnie do skraju mapy. Poza nią nie było na niej niczego: najwyraźniej prawdą było, że czarodziej rzucił rożne namierzające zaklęcia na dom. Na Dorę jednak nie działały, bo przedpokój na mapie pozostawał pusty.