Zanim ostatecznie powiedzieli sobie „dobranoc”, Flynn przyciągnął go do siebie, żeby wtulić się w jego plecy i złożyć ostatni tego dnia pocałunek na rozgrzanej szyi. W takiej pozycji, z twarzą zatopioną tuż przy jego włosach i rękoma oplecionymi wokół Caina tak, aby ułożyć dłonie na brzuchu i klatce piersiowej, leżał w niemalże bezruchu jeszcze dobrą godzinę. Obecność drugiej osoby podczas zasypiania było dla niego normą - dawała mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju, do których przywykł, doświadczając lat wspólnego życia z innymi ludźmi - prawdziwie obcym było dla niego zasypianie bez ciepła drugiego ciała. Nie mógł zasnąć nie przez to, tylko przez tę cholerną lodówkę.
A raczej... to, że to nie była lodówka.
„Weź mój plecak na górę, zaraz przyjdę”, rzucił mu, kiedy rozstawali się przy schodach, a później podszedł do tego nieszczęsnego sprzętu, żeby odłączyć ją od ściany. I nic. Najgorsza była dokładnie ta sekunda, w której dotarło do niego, jak durny był myśląc, że to lodówka, chociaż słyszał ten dźwięk w identycznym natężeniu niezależnie od miejsca, w którym się znajdował. Jego czoło było wciąż chłodne od opierania się o ścianę z czystej bezsilności, ale wreszcie zasnął i dopiero wtedy nieznośny szum ustał. Wrócił dopiero rano.
Budzenie się w pustym łóżku nie bolało go już ani trochę, chociaż momentami wciąż uważał to za lekki skandal. No bo oczywiście, że wolałby obudzić się z kimś przyklejonym do swojego ciała, ale lata zasypiania przy kimś były również latami słuchania narzekań na to, jak koszmarnie długo spał. Przyzwyczaił się więc do porannej samotności. Zresztą... Każdy z tych poranków mu się zlewał. Przyciśnięcie poduszki do głowy i zorientowanie się, że wciąż było w niej głośno, a zatkanie uszu pomagało wykluczyć ze słyszanych dźwięków jedynie zaciekłą kłótnię jaskółek mających gniazdo z tej strony domu. Niezręczne stęknięcie, kiedy gwałtowny ruch połączony z otwarciem się o materac wywołał nacisk tam gdzie nie powinien. Odetchnął głęboko odklejając brzuch od materaca, po czym wstał z łóżka i zaniósł się głośnym, spazmatycznym atakiem kaszlu palacza, towarzyszącym mu aż do łazienki, gdzie w nieelegancki sposób splunął do zlewu. Tak - to w gruncie rzeczy, z drobnymi różnicami - w kółko ten sam dzień. Podniesienie twarzy do góry po obmyciu umywalki i zobaczenie tej samej, krzywej mordy, tylko tym razem wilgotnej od wody. Wyrwanie dwóch siwych włosów z czubka głowy, jakby miało to w jakiś sposób odroczyć nieuniknione. A później niespodziewana, głucha cisza. Jak długo będzie trwała tym razem?
Zszedł na dół, rozejrzał się wokół i właściwie to zgodnie z przewidywaniem Bletchleya, od razu podszedł do niego przywitać się krótkim pocałunkiem i najpewniej zasniósłby się lekką paniką, gdyby nie znalazł go szybko.
- Trzeba było przypieprzyć mi łokciem i udawać, że dalej śpisz. - Powiedział cicho, zaspanym głosem, odrywając od niego wzrok tylko dlatego, że te jaskółki znów zaczęły... Co robiły jaskółki? Śpiewały? Piały? Gdyby miał zignorować zawiłości językowe jeżeli chodziło o ptactwo i określić to czymś ze swoich zasobów słownikowych, użyłby określenia darły pizdę. - Ciężko przynieść ci śniadanie do łóżka, kiedy stoisz na dworze. - Zauważył, wlepiając spojrzenie w to, co musiał określić mianem gniazda, chociaż prawdę mówiąc wyglądało jak bryła błota przyklejona do fasady budynku. Gdyby nie to, że jeden z ptaków wystawał stamtąd i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem, zacząłby podejrzewać czy nie jest to gniazdo os albo innego gryzącego gówna.
A później, wciąż nic nie robiąc sobie z tego, jak uporczywy stawał się ten kaszel, wyciągnął z kieszeni spodni papierosy i odpalił sobie jednego.
A raczej... to, że to nie była lodówka.
„Weź mój plecak na górę, zaraz przyjdę”, rzucił mu, kiedy rozstawali się przy schodach, a później podszedł do tego nieszczęsnego sprzętu, żeby odłączyć ją od ściany. I nic. Najgorsza była dokładnie ta sekunda, w której dotarło do niego, jak durny był myśląc, że to lodówka, chociaż słyszał ten dźwięk w identycznym natężeniu niezależnie od miejsca, w którym się znajdował. Jego czoło było wciąż chłodne od opierania się o ścianę z czystej bezsilności, ale wreszcie zasnął i dopiero wtedy nieznośny szum ustał. Wrócił dopiero rano.
Budzenie się w pustym łóżku nie bolało go już ani trochę, chociaż momentami wciąż uważał to za lekki skandal. No bo oczywiście, że wolałby obudzić się z kimś przyklejonym do swojego ciała, ale lata zasypiania przy kimś były również latami słuchania narzekań na to, jak koszmarnie długo spał. Przyzwyczaił się więc do porannej samotności. Zresztą... Każdy z tych poranków mu się zlewał. Przyciśnięcie poduszki do głowy i zorientowanie się, że wciąż było w niej głośno, a zatkanie uszu pomagało wykluczyć ze słyszanych dźwięków jedynie zaciekłą kłótnię jaskółek mających gniazdo z tej strony domu. Niezręczne stęknięcie, kiedy gwałtowny ruch połączony z otwarciem się o materac wywołał nacisk tam gdzie nie powinien. Odetchnął głęboko odklejając brzuch od materaca, po czym wstał z łóżka i zaniósł się głośnym, spazmatycznym atakiem kaszlu palacza, towarzyszącym mu aż do łazienki, gdzie w nieelegancki sposób splunął do zlewu. Tak - to w gruncie rzeczy, z drobnymi różnicami - w kółko ten sam dzień. Podniesienie twarzy do góry po obmyciu umywalki i zobaczenie tej samej, krzywej mordy, tylko tym razem wilgotnej od wody. Wyrwanie dwóch siwych włosów z czubka głowy, jakby miało to w jakiś sposób odroczyć nieuniknione. A później niespodziewana, głucha cisza. Jak długo będzie trwała tym razem?
Zszedł na dół, rozejrzał się wokół i właściwie to zgodnie z przewidywaniem Bletchleya, od razu podszedł do niego przywitać się krótkim pocałunkiem i najpewniej zasniósłby się lekką paniką, gdyby nie znalazł go szybko.
- Trzeba było przypieprzyć mi łokciem i udawać, że dalej śpisz. - Powiedział cicho, zaspanym głosem, odrywając od niego wzrok tylko dlatego, że te jaskółki znów zaczęły... Co robiły jaskółki? Śpiewały? Piały? Gdyby miał zignorować zawiłości językowe jeżeli chodziło o ptactwo i określić to czymś ze swoich zasobów słownikowych, użyłby określenia darły pizdę. - Ciężko przynieść ci śniadanie do łóżka, kiedy stoisz na dworze. - Zauważył, wlepiając spojrzenie w to, co musiał określić mianem gniazda, chociaż prawdę mówiąc wyglądało jak bryła błota przyklejona do fasady budynku. Gdyby nie to, że jeden z ptaków wystawał stamtąd i wpatrywał się w niego z zaciekawieniem, zacząłby podejrzewać czy nie jest to gniazdo os albo innego gryzącego gówna.
A później, wciąż nic nie robiąc sobie z tego, jak uporczywy stawał się ten kaszel, wyciągnął z kieszeni spodni papierosy i odpalił sobie jednego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.