06.04.2024, 11:42 ✶
– Nie mam traumy – zapewniła po prostu Brenna. To znaczy, to nie było przyjemne. Ale w jej głowie tkwiło już bardzo wiele nieprzyjemnych rzeczy i nauczyła się je wrzucać do odpowiednich szufladek w umyśle, a potem dalej z tym żyć. W pracy wpychała się w trochę paskudniejsze sprawy niż brat, poruszały ją trochę bardziej niż jego, jednocześnie jednak musiała albo znaleźć sposób na to, by dać sobie z tym radę – albo oszaleć.
Wizje zrodzone z ciemności były więc gdzieś tam, na dnie pamięci. Ze wspomnieniem chłopca, upadającego na ośnieżony chodnik. Z ostatnim uśmiechem, jaki posłał jej Derwin. Z głosem Jase’a, obiecującego rychłe spotkanie. Z zapłakaną twarzą małego ducha z Kniei Godryka, z krwią Heather na dłoniach, z Mavelle palącą w ciemnościach na dachu Warowni, z obrazami oglądanymi oczyma widmowidza, z setką drobnych spraw, z których każda stanowiła kroplę w morzu – w którym uczyłeś się płynąć albo tonąłeś na zawsze.
– Co poćwiczymy? – nie zrozumiała. – Uniki przed inferiusami? Erik, skąd ja ci wezmę inferiusa? Poza tym uniknęłabym go, gdyby nie było ciemno i gdybym nie sprawdzała akurat, czy jesteście żywi.
Nie rozumiała właściwie nie tylko idei ćwiczeń uników przed inferiusami – nie, że miałaby coś przeciwko treningowi, chociaż boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, że czasem o wszystkim decydowało szczęście, nieważne, ile czasu poświęciłeś na podniesienie swoich umiejętności – ale całej tej rozmowy. I tylko szerzej otworzyła oczy, kiedy brat zaczął jej tłumaczyć, że może nie planuje ostatniego bastionu teraz, ale na pewno go zaplanuje i że wszystko pójdzie w diabły dlatego, że była dumna. Co kurwa? – tak, to zdanie krążyło jej po głowie niemal cały czas.
– Nie nazywaj go tak – wtrąciła, nie mogąc się powstrzymać, chociaż niby wiedziała, że to nie moment na to. – To Voldemort, nie żaden cholerny, Czarny Pan.
Strach przed imieniem zwiększa strach przed rzeczą. Ale chodziło o coś więcej: o to, że Voldemort właśnie chciał być nazywany Czarnym Panem, Czarnym Lordem, a Brenna nie chciała mu ustąpić nawet w najmniejszej drobinie, zwłaszcza po Beltane. Czarny Pan, jedyne określenie na tego drania, które mogło przejść teraz przez usta Mavelle. Wkurzało ją samo to, że coś takiego padło z ust brata.
– I dalej nie rozumiem, o co właściwie chodzi… – zaczęła, ale potem urwała, bo Erik znowu zaczął mówić.
Widział to?
Wizja przyszłości?
Brenna odetchnęła i wplotła palce prawej ręki we włosy – choć nie powinna tego robić, bo wprawdzie dłoń była już sprawna, ale jeszcze do wieczora powinna zachować ostrożność. I nie chodziło nawet o to, o czym Erik opowiadał: o przyszłości, która mogła pewnego dnia nadejść, niezależnie od wszelkich wizji. Przyszłości, w której Voldemort przejął władzę i która mogła stać się ich udziałem. Nie, chodziło o to, że ta głupia wizja utkwiła najwyraźniej w głowie jej brata i zatruła jego teraźniejszość. Wszystko stało się jasne – sama przecież też widziała niezbyt przyjemne rzeczy. Milczała chwilę po tym, jak on już zamilkł, bo to nie była sytuacja, w której mogła po prostu zacząć trajkotać bez namysłu…
– Erik, ten sztylet jest pełen spaczenia. To co przynosi, to nie jest prawda – powiedziała w końcu, powoli, starannie ważąc słowa. Gdzieś w jej głowie tkwiła jednak myśl, że to mogło się wydarzyć: że pośród możliwych przyszłości zawsze leżała taka. I że nie zostałaby z tyłu ze względu na dumę, ale dlatego, że aby jakakolwiek ewakuacja przebiegła pomyślnie, ktoś musiał ją osłaniać.
Ministerstwo padło.
Mung padł…
Odprysk możliwej przyszłości.
Kłamstwo, które mogło stać się prawdą.
Ale Erik nie potrzebował teraz usłyszeć tego, co przyszło Brennie do głowy: przecież wszyscy wiemy, że tak to może się skończyć. Przecież obiecaliśmy narażać się, by to zatrzymać. Przecież wielu z nas zginie, by temu zapobiec.
– Jeden wpada w ciemność i ciemność go pożera, drugiego zwodzą własne pragnienia. Trzeci w twarz patrzy przeszłości u lega wołaniu dawnej miłości. Czwartego… czwartego strachu biorą jak swojego. Wszystko, co widzieliśmy, miało nas złamać. Jak złamało Tymoteusa Salta. Pochłonąć, jak pochłonęło jego towarzyszy. Do cholery, mieliśmy tam umrzeć we śnie przez te wizje, więc na pewno nie pokazywano ci żadnej przyszłości, jaką ten sztylet uznał za prawdopodobną. Widziałeś to, czego się boisz… albo czego wszyscy się boimy – stwierdziła, zsuwając się z łóżka, by podejść do brata.
Wizje zrodzone z ciemności były więc gdzieś tam, na dnie pamięci. Ze wspomnieniem chłopca, upadającego na ośnieżony chodnik. Z ostatnim uśmiechem, jaki posłał jej Derwin. Z głosem Jase’a, obiecującego rychłe spotkanie. Z zapłakaną twarzą małego ducha z Kniei Godryka, z krwią Heather na dłoniach, z Mavelle palącą w ciemnościach na dachu Warowni, z obrazami oglądanymi oczyma widmowidza, z setką drobnych spraw, z których każda stanowiła kroplę w morzu – w którym uczyłeś się płynąć albo tonąłeś na zawsze.
– Co poćwiczymy? – nie zrozumiała. – Uniki przed inferiusami? Erik, skąd ja ci wezmę inferiusa? Poza tym uniknęłabym go, gdyby nie było ciemno i gdybym nie sprawdzała akurat, czy jesteście żywi.
Nie rozumiała właściwie nie tylko idei ćwiczeń uników przed inferiusami – nie, że miałaby coś przeciwko treningowi, chociaż boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, że czasem o wszystkim decydowało szczęście, nieważne, ile czasu poświęciłeś na podniesienie swoich umiejętności – ale całej tej rozmowy. I tylko szerzej otworzyła oczy, kiedy brat zaczął jej tłumaczyć, że może nie planuje ostatniego bastionu teraz, ale na pewno go zaplanuje i że wszystko pójdzie w diabły dlatego, że była dumna. Co kurwa? – tak, to zdanie krążyło jej po głowie niemal cały czas.
– Nie nazywaj go tak – wtrąciła, nie mogąc się powstrzymać, chociaż niby wiedziała, że to nie moment na to. – To Voldemort, nie żaden cholerny, Czarny Pan.
Strach przed imieniem zwiększa strach przed rzeczą. Ale chodziło o coś więcej: o to, że Voldemort właśnie chciał być nazywany Czarnym Panem, Czarnym Lordem, a Brenna nie chciała mu ustąpić nawet w najmniejszej drobinie, zwłaszcza po Beltane. Czarny Pan, jedyne określenie na tego drania, które mogło przejść teraz przez usta Mavelle. Wkurzało ją samo to, że coś takiego padło z ust brata.
– I dalej nie rozumiem, o co właściwie chodzi… – zaczęła, ale potem urwała, bo Erik znowu zaczął mówić.
Widział to?
Wizja przyszłości?
Brenna odetchnęła i wplotła palce prawej ręki we włosy – choć nie powinna tego robić, bo wprawdzie dłoń była już sprawna, ale jeszcze do wieczora powinna zachować ostrożność. I nie chodziło nawet o to, o czym Erik opowiadał: o przyszłości, która mogła pewnego dnia nadejść, niezależnie od wszelkich wizji. Przyszłości, w której Voldemort przejął władzę i która mogła stać się ich udziałem. Nie, chodziło o to, że ta głupia wizja utkwiła najwyraźniej w głowie jej brata i zatruła jego teraźniejszość. Wszystko stało się jasne – sama przecież też widziała niezbyt przyjemne rzeczy. Milczała chwilę po tym, jak on już zamilkł, bo to nie była sytuacja, w której mogła po prostu zacząć trajkotać bez namysłu…
– Erik, ten sztylet jest pełen spaczenia. To co przynosi, to nie jest prawda – powiedziała w końcu, powoli, starannie ważąc słowa. Gdzieś w jej głowie tkwiła jednak myśl, że to mogło się wydarzyć: że pośród możliwych przyszłości zawsze leżała taka. I że nie zostałaby z tyłu ze względu na dumę, ale dlatego, że aby jakakolwiek ewakuacja przebiegła pomyślnie, ktoś musiał ją osłaniać.
Ministerstwo padło.
Mung padł…
Odprysk możliwej przyszłości.
Kłamstwo, które mogło stać się prawdą.
Ale Erik nie potrzebował teraz usłyszeć tego, co przyszło Brennie do głowy: przecież wszyscy wiemy, że tak to może się skończyć. Przecież obiecaliśmy narażać się, by to zatrzymać. Przecież wielu z nas zginie, by temu zapobiec.
– Jeden wpada w ciemność i ciemność go pożera, drugiego zwodzą własne pragnienia. Trzeci w twarz patrzy przeszłości u lega wołaniu dawnej miłości. Czwartego… czwartego strachu biorą jak swojego. Wszystko, co widzieliśmy, miało nas złamać. Jak złamało Tymoteusa Salta. Pochłonąć, jak pochłonęło jego towarzyszy. Do cholery, mieliśmy tam umrzeć we śnie przez te wizje, więc na pewno nie pokazywano ci żadnej przyszłości, jaką ten sztylet uznał za prawdopodobną. Widziałeś to, czego się boisz… albo czego wszyscy się boimy – stwierdziła, zsuwając się z łóżka, by podejść do brata.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.