06.04.2024, 11:57 ✶
Uczyła się fal głównie po to, by móc szybciej przesyłać informacje, zwłaszcza podczas akcji. Ale też prawdą było, że zapewne po nauczeniu się ich będzie bardzo chętnie „nadawała” do innych członków Zakonu różne głupoty, dręcząc ich przy tym niemożebnie. Wprawdzie pewnie lepiej zrobiłaby skupiając się na magii bezróżdżkowej choćby, ale polecenie Patricka utkwiło jej w głowie, a poza tym miała wyrzuty sumienia, że tej zdolności nie posiadała – a powinna przecież, jeśli chciała skutecznie zarządzać ich bojówkami…
– Naprawdę. Chyba że nie próbowałaś przesłać „tak” i tylko to sobie wyobraziłam? – spytała Brenna, uśmiechając się do Heather. Jej entuzjazm był na swój sposób zaraźliwy: dobrze, bo Brennie zwykle własnego nie brakowało, ale jednak teraz był trochę przytłumiony. Nawet nie tym, że lewa ręka dopiero przestawała boleć, a wspomnieniami z wyspy i przede wszystkim zmartwieniem, spotęgowanym rozmową z Erikiem.
– Mam jednak nadzieję, że to był odosobniony przypadek i mroczne amulety sprzed setek lat nie będą objawiały się nam każdego miesiąca – powiedziała, wzdrygając się lekko na sam pomysł. – To byłoby odrobinę problematyczne i Erik mógłby się zbuntować. Ten wiersz Salta… on naprawdę opowiadał o wyspie. Pragnienia, strachy, ciemność, utraceni ukochani…
Kilka różnych dróg do schwytania w sidła snu. Utrzymania w nim człowieka tak długo, aż ten ulegnie lub się złamie – a jego ciało umrze po prostu z odwodnienia…
Wszystko dobrze – szept rozbrzmiał gdzieś w głowie Heather chwilę po tym, jak sama nadała swój komunikat. Brennie udało się tym razem po trzeciej próbie. Skupienie się na jednej myśli, tę, którą chciało się komuś przekazać, wciąż nastręczało jej wielu problemów, a przecież teraz nic jej jakoś strasznie nie rozpraszało, wokół panowała cisza i nawet siedziały tak blisko siebie… Omal nie westchnęła na myśl o tym, jak sobie poradzi w trudniejszych warunkach.
– Miałam po prostu pecha – stwierdziła, unosząc odruchowo rękę do szyi. Miała wrażenie, że ona i wuj obudzili się chwilę wcześniej, ponieważ, paradoksalnie, to ich ta ciemność chciała dopaść bardziej: może z powodu trzeciego oka. I ich sny były trochę inne. – Ocknęłam się, chwilę po Morpheusie. Kiedy dotknął tego sztyletu, rozwiał magię snów, która trzymała was, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale to obudziło inferiusy… nie zauważyłam jednego z nich, rzucił się na mnie i zaczął dusić. To właściwie wszystko. Na całe szczęście, wy wszyscy też się obudziliście – wyjaśniła. Odruchowo ściszyła głos, bo o pewnych rzeczach mówiło się tylko szeptem: nawet w Warowni, od której bezpieczniejszymi miejscami były chyba tylko Strażnica oraz Hogwart. Ostatecznie, tutaj też bywały osoby, które nie powinny wiedzieć wszystkiego…
– Naprawdę. Chyba że nie próbowałaś przesłać „tak” i tylko to sobie wyobraziłam? – spytała Brenna, uśmiechając się do Heather. Jej entuzjazm był na swój sposób zaraźliwy: dobrze, bo Brennie zwykle własnego nie brakowało, ale jednak teraz był trochę przytłumiony. Nawet nie tym, że lewa ręka dopiero przestawała boleć, a wspomnieniami z wyspy i przede wszystkim zmartwieniem, spotęgowanym rozmową z Erikiem.
– Mam jednak nadzieję, że to był odosobniony przypadek i mroczne amulety sprzed setek lat nie będą objawiały się nam każdego miesiąca – powiedziała, wzdrygając się lekko na sam pomysł. – To byłoby odrobinę problematyczne i Erik mógłby się zbuntować. Ten wiersz Salta… on naprawdę opowiadał o wyspie. Pragnienia, strachy, ciemność, utraceni ukochani…
Kilka różnych dróg do schwytania w sidła snu. Utrzymania w nim człowieka tak długo, aż ten ulegnie lub się złamie – a jego ciało umrze po prostu z odwodnienia…
Wszystko dobrze – szept rozbrzmiał gdzieś w głowie Heather chwilę po tym, jak sama nadała swój komunikat. Brennie udało się tym razem po trzeciej próbie. Skupienie się na jednej myśli, tę, którą chciało się komuś przekazać, wciąż nastręczało jej wielu problemów, a przecież teraz nic jej jakoś strasznie nie rozpraszało, wokół panowała cisza i nawet siedziały tak blisko siebie… Omal nie westchnęła na myśl o tym, jak sobie poradzi w trudniejszych warunkach.
– Miałam po prostu pecha – stwierdziła, unosząc odruchowo rękę do szyi. Miała wrażenie, że ona i wuj obudzili się chwilę wcześniej, ponieważ, paradoksalnie, to ich ta ciemność chciała dopaść bardziej: może z powodu trzeciego oka. I ich sny były trochę inne. – Ocknęłam się, chwilę po Morpheusie. Kiedy dotknął tego sztyletu, rozwiał magię snów, która trzymała was, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale to obudziło inferiusy… nie zauważyłam jednego z nich, rzucił się na mnie i zaczął dusić. To właściwie wszystko. Na całe szczęście, wy wszyscy też się obudziliście – wyjaśniła. Odruchowo ściszyła głos, bo o pewnych rzeczach mówiło się tylko szeptem: nawet w Warowni, od której bezpieczniejszymi miejscami były chyba tylko Strażnica oraz Hogwart. Ostatecznie, tutaj też bywały osoby, które nie powinny wiedzieć wszystkiego…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.