Lubiła burze. Łapały ją wiele razy podczas leśnych wędrówek. Zapewniały piękne przedstawienie urozmaicone naturalnymi efektami specjalnymi. Za każdym razem robiły na niej wrażenie, a po burzy powietrze stawało się lekkie, świeże; jeden z najpiękniejszych zapachów, jaki mogła sobie wyobrazić. Nie czuła strachu przed żywiołem, wręcz przeciwnie, wiedziała, że przyniesie oczyszczenie. Szczególnie, że poranek był wyjątkowo gorący i duszny, ledwo dało się oddychać. Na szczęście miało się to zakończyć, przynajmniej na chwilę, bo przecież po burzy zawsze wychodziło słońce.
Nie zamierzała przegapić tego widowiska, szkoda jej było stracić ten piękny widok. Skoro jednak była już w swoim mieszkaniu, to postanowiła po prostu wyjść na balkon. Bezpieczne miejsce, mimo szalejącego żywiołu, wolała, mimo wszystko, by nie trafił w nią piorun, bo znała jedną taką, której się to przytrafiło i miała wrażenie, że od tego ją trochę popierdoliło, a ona i bez trafienia piorunem była już całkiem nieźle pierdolnięta, więc lepiej aby obeszło się bez kolejnych doznań.
Nie miała w zwyczaju spędzać dużo czasu w domu, wręcz przeciwnie było to raczej miejsce, w którym sypiała, więc spędzenie chwili w tym mieszkaniu wydawało się jej być całkiem przyjemną opcją. No i przecież nikt normalny nie wychodził w taką pogodę. Zazwyczaj nie przejmowała się takimi założeniami, tym razem jednak postanowiła towarzyszyć swoim psom, podczas tego oberwania chmury. Nie do końca wiedziała, jak zareagują na taką sytuację, gdyż to głównie Triss, skrzatka jej rodziców doglądała zwierząt.
Zapatrzona w koc, szklankę i whisky wyłoniła się na zadaszony balkon. Ubrana zupełnie zwyczajnie, w jakąś za dużą koszulę, najpewniej męską, zostawioną tutaj przez jednego z jej byłych, obecnych, czy kto wiedział właściwie czyją i krótkie spodnie, bo chwilę temu było jeszcze okropnie gorąco. Na lewym nadgarstku miała zapiętą bransoletkę, tę którą dostała od Esmé, tak się jej spodobała, że się z nią nie rozstawała nawet na chwilę. Położyła butelkę i szklankę na niewielkim stoliku, a sama rozsiadła się wygodnie na jednym z foteli. Cukier i Pierdoła ruszyli za nią, nieco niepewnie, bo nie mieli pojęcia, co dzieje się na dworze. Omiotła wzrokiem balkon, zdecydowanie domagał się zainteresowania, rośliny, które się na nim znajdowały żyły własnym życiem, trochę wypadałoby też tutaj posprzątać, bo nieład mógł zacząć przytłaczać. W różnych miejscach walały się popielniczki, nie mogła się doliczyć ile ich właściwie tutaj było.
Zagrzmiało, dosyć blisko, Cukier nieco wystraszony wskoczył jej na kolana. Przytuliła zwierzaka, żeby nieco go wesprzeć w zaistniałej sytuacji, psidwak zamerdał swoimi dwoma ogonami. - Spokojnie mały, to zaraz minie. - Powiedziała cicho do zwierzaka. Przeniosła spojrzenie również na Pierdołę - wyżła weimarskiego, który schował się za drugim fotelem, najwyraźniej też nie do końca podobało mu się to, co się działo. - No chodź, ty też. - Zawołała go do siebie.
Ceniła sobie towarzystwo zwierząt, dzięki nim ten dom nie był zupełnie pusty i miała do kogo wracać, w pewien sposób znalazła jakiś sens życia i miała się o kogo martwić.
Nalała sobie wreszcie alkoholu do szklanki, nic więcej nie potrzebowała do szczęścia. Mogła w pełni skupić się na przedstawieniu, które chyba wreszcie zaczynało faktycznie się zaczynać. Błyski i grzmoty były coraz częstsze, dosyć mocno wiało, mogła oglądać to z bezpiecznej odległości, wspaniały dzień.
W pewnym momencie zauważyła ruch na dole, co nieco ją zdziwiło. Nikt normalny przecież nie wychodził w taką pogodę z domu. Zaciekawiona podeszła do balustrady, aby zobaczyć, co się dzieje. Mężczyzna rozsiadł się na ławce, jakby nigdy nic, jakby wcale nie szalała teraz burza. - Odważny. - Mruknęła cicho. Zastanawiała się, czy zacząć obstawiać, czy trafi go piorun, czy nie. Tyle, że dotarło do niej, że ta sylwetka wydawała się być znajoma. Zmrużyła oczy, aby ułatwić sobie przyglądanie mu się w te zawierusze. To wcale nie było proste zdanie, nawet dla łowczyni. To musiał być on, czy była stuprocentowo pewna? No nie, ale ciekawość, jak zawsze wygrała, bo zamierzała sprawdzić, dlaczego jej kaletnik siedzi sobie na ławce i czeka, aż uderzy w niego piorun. Najwyżej zrobi z siebie debila przed zupełnie obcą osobą, nie byłby to pierwszy raz i na pewno też nie ostatni.
Nie zastanawiała się nad tym specjalnie długo, odstawiła Cukra na ziemię. - Zaraz do was wrócę. - Mimo wszystko czuła obowiązek poinformowania swoich towarzyszy o tym, że zniknie, chociaż pewnie nie rozumieli co do nich mówi.
Teleportowała się z balkonu tuż przed tą ławkę, na której ktoś siedział. Ktoś, kto wydawał się być znajomym. Gdy znalazła się na miejscu okazało się, że miała rację, jednak czujne oko łowcy jej nie oszukało. Siedział zadowolony, przemoczony do suchej nitki, ale na jego twarzy gościł uśmiech. Dziwne. - Czekasz aż uderzy w ciebie piorun? - Rzuciła bez żadnego powitania, bo była ciekawa, co właściwie tutaj robi. Nie wyglądał, jakby ktoś go do tego zmuszał, dziwiło ją wręcz to zadowolenie.