06.04.2024, 14:05 ✶
Krew Prewettów nie woda – zawsze ujawni się w ten czy inny sposób. W przypadku Basiliusa objawiała się czekoladkami i dniem recepcjonistki, które pozwalały mu uniknąć niektórych paskudnych przypadków… ale najwyraźniej pewne rzeczy były niektórym przeznaczone i nad głową Basiliusa Prewetta zawisło swego rodzaju fatum.
Przekrzywiła nieco głowę, trochę jakby psim gestem, obserwując go z pewnym zaintrygowaniem. Ludzie – także uzdrowiciele – zwracali się już do niej tym tonem nie raz, nie dwa, nie dziesięć i nauczyła się go rozpoznawać. Zwykle robili to wtedy, gdy uważali, że trochę jej odbiło, chociaż jako żywo, tym razem przecież to nie tak, że to wszystko była jej wina – nie transmutowała ludzi w robaki dla zabawy! Tak ogólnie to w ogóle nie transmutowała tego konkretnego człowieka w robaka! Gdy dotarła na miejsce, biedny pan Collins właśnie się przekształcał, zlany całym kociołkiem eliksiru, a ona musiała powstrzymać jego rozhisteryzowaną żonę przed próbami odczarowania go, które przyniosły tylko gorszy skutek, wchodząc chyba w reakcję z miksturą, i jego wściekłego brata przed zamordowaniem sąsiadki… A jeszcze sąsiadka i jej siostra zabarykadowały się w domu i ciskały eliksirami w każdego, kto chciał podejść, a potem zarzekały się, że ten kociołek na pana Collinsa został wylany, bo to on napadł rzeczoną sąsiadkę i… i tu sprawa się trochę komplikowała, bo wydobycie zeznań z pana Collinsa, dlaczego to zrobił, było nieco trudne.
– Recepcjonistka skierowała nas do tej sali, więc hm, jeśli ona się nie pomyliła, to chyba tak? – zaryzykowała. Może Prewett sugerował, że jednak powinna iść z panem Collinsem na dział zatruć eliksirami? Ale tu w sumie niby użyto eliksiru, ale użyto też zaklęć, więc w efekcie sprawa była trochę międzydyscyplinarna, a poza tym pan Collins się nie zatruł on tylko… no… zamienił się w wielkiego robaka.
– To bardzo miłe z twojej strony, ale myślę, że pan Collins wolałby w miarę szybko przestać być robakiem, więc szkoda tracić czasu na herbatę – zapewniła Brenna. – Znalazłam go w ogródku jego sąsiadki. Miejsce jest istotne? – zdziwiła się szczerze Longbottom, bo chyba gdyby wszystko działo się w jego własnym domu albo na środku ulicy Pokątnej, to efekty byłyby takie same? Ale gdy uzdrowiciel pyta, to odpowiadasz, tę prawdę Brenna dawno przyswoiła. Odpowiadała na pytania, nie ruszała się, gdy kazali siedzieć spokojnie, ba, nawet milczała, gdy prosili o ciszę i ignorowała tylko takie głupie zalecenia jak „musisz poleżeć trzy dni” (gdy mówili o trzech dniach, jeden zawsze wystarczył) albo „powinnaś więcej sypiać” (przecież wyśpi się w grobie, prawda?). – Potrzebuje pomocy, bo hm… no jest robakiem – wyjaśniła, trochę bezradnie, niepewna, w jaki inny sposób ująć problem. To znaczy pan Collins był chyba dość nieprzyjemnym mężczyzną. Może Basilius go znał. Może uważał, że wcale nie należy go odczarowywać. – Zakładam, że chciałby przestać nim być, a mnie bardzo zależy, żeby z nim porozmawiać.
Nie miał teraz uszu. Brenna miała wrażenie, że skoro nie ma uszu, to aresztowanie nie będzie skuteczne, bo przecież nie mógł usłyszeć, jak odczytała mu jego prawa. Nie wspominając o tym, że wolałaby też poznać przebieg wydarzeń z jego perspektywy.
– I przyszłam tutaj z drugim Brygadzistą, ale on odprowadził przed chwilą panią Smith do innego gabinetu, biedaczka jest poparzona.
Któryś z panów Collins użył najwyraźniej na niej ogniowego zaklęcia, na całe szczęście jednak kula ognia nie trafiła kobiety bezpośrednio.
Przekrzywiła nieco głowę, trochę jakby psim gestem, obserwując go z pewnym zaintrygowaniem. Ludzie – także uzdrowiciele – zwracali się już do niej tym tonem nie raz, nie dwa, nie dziesięć i nauczyła się go rozpoznawać. Zwykle robili to wtedy, gdy uważali, że trochę jej odbiło, chociaż jako żywo, tym razem przecież to nie tak, że to wszystko była jej wina – nie transmutowała ludzi w robaki dla zabawy! Tak ogólnie to w ogóle nie transmutowała tego konkretnego człowieka w robaka! Gdy dotarła na miejsce, biedny pan Collins właśnie się przekształcał, zlany całym kociołkiem eliksiru, a ona musiała powstrzymać jego rozhisteryzowaną żonę przed próbami odczarowania go, które przyniosły tylko gorszy skutek, wchodząc chyba w reakcję z miksturą, i jego wściekłego brata przed zamordowaniem sąsiadki… A jeszcze sąsiadka i jej siostra zabarykadowały się w domu i ciskały eliksirami w każdego, kto chciał podejść, a potem zarzekały się, że ten kociołek na pana Collinsa został wylany, bo to on napadł rzeczoną sąsiadkę i… i tu sprawa się trochę komplikowała, bo wydobycie zeznań z pana Collinsa, dlaczego to zrobił, było nieco trudne.
– Recepcjonistka skierowała nas do tej sali, więc hm, jeśli ona się nie pomyliła, to chyba tak? – zaryzykowała. Może Prewett sugerował, że jednak powinna iść z panem Collinsem na dział zatruć eliksirami? Ale tu w sumie niby użyto eliksiru, ale użyto też zaklęć, więc w efekcie sprawa była trochę międzydyscyplinarna, a poza tym pan Collins się nie zatruł on tylko… no… zamienił się w wielkiego robaka.
– To bardzo miłe z twojej strony, ale myślę, że pan Collins wolałby w miarę szybko przestać być robakiem, więc szkoda tracić czasu na herbatę – zapewniła Brenna. – Znalazłam go w ogródku jego sąsiadki. Miejsce jest istotne? – zdziwiła się szczerze Longbottom, bo chyba gdyby wszystko działo się w jego własnym domu albo na środku ulicy Pokątnej, to efekty byłyby takie same? Ale gdy uzdrowiciel pyta, to odpowiadasz, tę prawdę Brenna dawno przyswoiła. Odpowiadała na pytania, nie ruszała się, gdy kazali siedzieć spokojnie, ba, nawet milczała, gdy prosili o ciszę i ignorowała tylko takie głupie zalecenia jak „musisz poleżeć trzy dni” (gdy mówili o trzech dniach, jeden zawsze wystarczył) albo „powinnaś więcej sypiać” (przecież wyśpi się w grobie, prawda?). – Potrzebuje pomocy, bo hm… no jest robakiem – wyjaśniła, trochę bezradnie, niepewna, w jaki inny sposób ująć problem. To znaczy pan Collins był chyba dość nieprzyjemnym mężczyzną. Może Basilius go znał. Może uważał, że wcale nie należy go odczarowywać. – Zakładam, że chciałby przestać nim być, a mnie bardzo zależy, żeby z nim porozmawiać.
Nie miał teraz uszu. Brenna miała wrażenie, że skoro nie ma uszu, to aresztowanie nie będzie skuteczne, bo przecież nie mógł usłyszeć, jak odczytała mu jego prawa. Nie wspominając o tym, że wolałaby też poznać przebieg wydarzeń z jego perspektywy.
– I przyszłam tutaj z drugim Brygadzistą, ale on odprowadził przed chwilą panią Smith do innego gabinetu, biedaczka jest poparzona.
Któryś z panów Collins użył najwyraźniej na niej ogniowego zaklęcia, na całe szczęście jednak kula ognia nie trafiła kobiety bezpośrednio.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.