06.04.2024, 16:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 17:00 przez Brenna Longbottom.)
– W takim razie jestem we właściwym miejscu – odparła Brenna.
Nie była może najbardziej inteligentną osobą w Anglii, ale łączyć fakty jako tako potrafiła. Ten ton, urwana nagle wypowiedź i pytanie – czy się jej wydawało, czy przepełnione pewnym poczuciem beznadziei? – dlaczego pan Collins nazywa się pan Collis, prowadziły do wniosku, że zdaniem Prewetta przyniosła tu wielkiego robaka. Ktoś inny może by się oburzył, ale Brenna uśmiechnęła się tylko, starając się zwalczyć absolutnie niestosowane rozbawienie i poprzestać na tym przyjaznym uśmiechu, zamiast wybuchnąć śmiechem.
Czy naprawdę wyglądała na kogoś, kto nie tylko adoptowywał wielkie robaki, ale jeszcze przynosił je po leczenie do świętego Munga?
– Tak, obawiam się, że tak. A przynajmniej był człowiekiem do tego ranka. Edward Collins, lat trzydzieści siedem, zamieszkały w Little Hangleton. Wszystkie najdziwniejsze rzeczy dzieją się w Little Hangleton – westchnęła Brenna, wskazując przy tym ponownie na robaka… na pana Collinsa, znaczy się, chyba nie wypadało myśleć o nim jak o robaku. – Dziś rano zaatakował swoją sąsiadkę, Margie Smith. Jeżeli dobrze zrozumiałam sytuację, do napaści doszło ze względu na fakt, że hodowane przez nią przy płocie rośliny zadusiły jabłonkę pana Collinsa. Pani Smith, jak utrzymuje w ramach samoobrony, wylała na niego cały kociołek eliksiru. Była to substancja, która miała pozbywać się robaków, ale jeszcze nie została ukończona… Być może nie byłoby tak źle, ale kiedy tam dotarliśmy, żona pana Collinsa próbowała udzielić mu pomocy. Pana Collinsa, którego ręce właśnie, hm, transmutowały w coś dziwnego, potraktowała kilkoma zaklęciami, próbując przywrócić go do normy… Obawiam się, że pani Collins nie jest najlepsza w transmutacji, w każdym razie doszło do jakichś reakcji zaklęć z eliksirem i no… no dostaliśmy to.
Istniała całkiem spora szansa, że próbując transmutować z powrotem ręce męża, pani Collins czy to ze zdenerwowania, czy z braku umiejętności, zamieniła go w robaka, a nieukończony eliksir z kolei utrwalił efekt. Ewentualnie czary weszły w reakcję z eliksirem, którego zapewne składnikiem były robaki.
- Zostawiłam recepcjonistce... pani Poppy, znaczy się, próbkę tego eliksiru, miał trafić do kogoś z odpowiedniego wydziału, a jego kazała przetransportować tutaj. Może czary rozpraszające by podziałały, ale po prawdzie, to wolałam nie próbować, bo uznałam, że to mogłoby być trochę ryzykowne... i gdybym postanowiła przygarnąć wielkiego robaka, nie nazwałabym go pan Collins. Wybrałabym jakieś bardziej odpowiednie imię, na przykład... kurczę, nie jestem pewna, nigdy nie wybierałam imienia dla wielkiego robaka. Może Jabberwocky? – zastanowiła się na głos, chociaż rzecz jasna ktoś nie zaznajomiony dobrze z Alicją Carolla, nie mógł się domyśleć, skąd akurat taki pomysł…
Nie była może najbardziej inteligentną osobą w Anglii, ale łączyć fakty jako tako potrafiła. Ten ton, urwana nagle wypowiedź i pytanie – czy się jej wydawało, czy przepełnione pewnym poczuciem beznadziei? – dlaczego pan Collins nazywa się pan Collis, prowadziły do wniosku, że zdaniem Prewetta przyniosła tu wielkiego robaka. Ktoś inny może by się oburzył, ale Brenna uśmiechnęła się tylko, starając się zwalczyć absolutnie niestosowane rozbawienie i poprzestać na tym przyjaznym uśmiechu, zamiast wybuchnąć śmiechem.
Czy naprawdę wyglądała na kogoś, kto nie tylko adoptowywał wielkie robaki, ale jeszcze przynosił je po leczenie do świętego Munga?
– Tak, obawiam się, że tak. A przynajmniej był człowiekiem do tego ranka. Edward Collins, lat trzydzieści siedem, zamieszkały w Little Hangleton. Wszystkie najdziwniejsze rzeczy dzieją się w Little Hangleton – westchnęła Brenna, wskazując przy tym ponownie na robaka… na pana Collinsa, znaczy się, chyba nie wypadało myśleć o nim jak o robaku. – Dziś rano zaatakował swoją sąsiadkę, Margie Smith. Jeżeli dobrze zrozumiałam sytuację, do napaści doszło ze względu na fakt, że hodowane przez nią przy płocie rośliny zadusiły jabłonkę pana Collinsa. Pani Smith, jak utrzymuje w ramach samoobrony, wylała na niego cały kociołek eliksiru. Była to substancja, która miała pozbywać się robaków, ale jeszcze nie została ukończona… Być może nie byłoby tak źle, ale kiedy tam dotarliśmy, żona pana Collinsa próbowała udzielić mu pomocy. Pana Collinsa, którego ręce właśnie, hm, transmutowały w coś dziwnego, potraktowała kilkoma zaklęciami, próbując przywrócić go do normy… Obawiam się, że pani Collins nie jest najlepsza w transmutacji, w każdym razie doszło do jakichś reakcji zaklęć z eliksirem i no… no dostaliśmy to.
Istniała całkiem spora szansa, że próbując transmutować z powrotem ręce męża, pani Collins czy to ze zdenerwowania, czy z braku umiejętności, zamieniła go w robaka, a nieukończony eliksir z kolei utrwalił efekt. Ewentualnie czary weszły w reakcję z eliksirem, którego zapewne składnikiem były robaki.
- Zostawiłam recepcjonistce... pani Poppy, znaczy się, próbkę tego eliksiru, miał trafić do kogoś z odpowiedniego wydziału, a jego kazała przetransportować tutaj. Może czary rozpraszające by podziałały, ale po prawdzie, to wolałam nie próbować, bo uznałam, że to mogłoby być trochę ryzykowne... i gdybym postanowiła przygarnąć wielkiego robaka, nie nazwałabym go pan Collins. Wybrałabym jakieś bardziej odpowiednie imię, na przykład... kurczę, nie jestem pewna, nigdy nie wybierałam imienia dla wielkiego robaka. Może Jabberwocky? – zastanowiła się na głos, chociaż rzecz jasna ktoś nie zaznajomiony dobrze z Alicją Carolla, nie mógł się domyśleć, skąd akurat taki pomysł…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.