06.04.2024, 17:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2025, 11:02 przez Lorraine Malfoy.)
- Taaak? Którą paprotkę? Flebodium złociste, czy tę z gniecionymi liśćmi, która stoi na twojej meblościance? - zatrzepotała niewinnie rzęsami. Nie przesadzałaś ich przypadkiem w zeszłym tygodniu?, miała ochotę dorzucić jeszcze, ale stwierdziła, że to już byłoby jak gwóźdź do trumny, a ona nie po to wcześniej zamykała w piątki podwoje zakładu pogrzebowego Necronomicon, żeby takich metafor teraz używać!
Zaraz, co? Kamienie? Lorraine zrobiła minę. Jak kotek mógłby im po czymś takim w ogóle zaufać?
- Z kotkami trzeba delikatnie, kochanie, tak jak z wilami - westchnęła Lorraine, pouczając Maeve tym nieskończenie cierpliwym tonem, z jakim potrafiła godzinami wyjaśniać co, kto, gdzie, jak, z kim, i dlaczego było to tak ważne, chociaż jej spojrzeniu daleko było od powagi: w delikatnie przymrużonych oczach migotały figlarne iskierki.
Usta półwili znów też zadrgały niebezpiecznie - jak zawsze, gdy tłumiła cisnący się na twarz uśmiech - kiedy przeniosła wzrok na Ambrosię.
Bardzo, bardzo kusiło ją, by użyć tego specjalnego mędrkowatego tonu (actually, …), którego wróżbitka czasem używała, kiedy chciała się z kimś ostentacyjnie podroczyć: sugestię, żeby do rozwiązania ich problemu użyć transmutacji, spodziewała się usłyszeć raczej ze strony Maeve, wybitnie uzdolnionej w tej dziedzinie magii. Ale Rosie? Znaczące spojrzenie, które posłała McKinnon mówiło: a pamiętasz, kto musiał czekać w poczekalni u świętego Munga z Ottonem, kiedy zamiast wampirzych kłów dałaś mu ciosy godne słonia?.
Widząc, jak Maeve zakasuje rękawy, szybko odwróciła się i wcisnęła jej swoją torebkę, rzucając szybkie: ”powinnam mieć jakąś zapasową fiolkę”, żeby sama sobie znalazła antidotum w odmętach jej magicznie powiększonej torby.
No naprawdę, o los biednej, porzuconej kici będą się z nią spierać? Lorraine często miała wrażenie, że jest jedyną osobą obdarzoną jakimkolwiek instynktem samozachowawczym w gronie jej najbliższych, bo ci zawsze zbywali jej ostrzeżenia i rzucali się na łeb na szyję w objęcia niebezpieczeństwu. A kiedy ona raz w życiu chciała spontanicznie zrobić coś nie do końca rozsądnego - to jest, szlachetnie uratować kotka, który ewidentnie wybrał ją na swoją wybawczynię - to nagle wszyscy tylko kręcili głowami i rzucali sceptyczne spojrzenia. Co za ludzie!
- Przecież dam radę - rzuciła, i, zdeterminowana, oparła stópkę o rozchybotane cegły i podciągnęła się, by wspiąć się bliżej zdesperowanego kiciusia. Kotek wciąż zawodził, ale Lorraine wcale mu się nie dziwiła: zaułek, obok którego akurat przechodziły był typowym zaułkiem Nokturnu, a więc wydawał się idealnym miejscem na napad, rozbój albo strzał w żyłę. Gdyby Rosie, Maeve i Lorrie były choć trochę bardziej samoświadome, skarżyłyby się na okoliczności przyrody równie głośno, co osamotniony zwierzak.
Dobrym znakiem było jednak to, że kotek nie uciekał, tylko z zaciekawieniem obserwował akrobacje Lorraine.
Rzucam na aktywność fizyczną, by zobaczyć, czy moje podejście wspięcia się po chwiejnym stosie cegieł zakończy się powodzeniem.
Jeżeli moje akrobacje zakończą się porażką… Rzucam kostką by sprawdzić, jak bardzo będzie bolało, kiedy spadnę.
Zaraz, co? Kamienie? Lorraine zrobiła minę. Jak kotek mógłby im po czymś takim w ogóle zaufać?
- Z kotkami trzeba delikatnie, kochanie, tak jak z wilami - westchnęła Lorraine, pouczając Maeve tym nieskończenie cierpliwym tonem, z jakim potrafiła godzinami wyjaśniać co, kto, gdzie, jak, z kim, i dlaczego było to tak ważne, chociaż jej spojrzeniu daleko było od powagi: w delikatnie przymrużonych oczach migotały figlarne iskierki.
Usta półwili znów też zadrgały niebezpiecznie - jak zawsze, gdy tłumiła cisnący się na twarz uśmiech - kiedy przeniosła wzrok na Ambrosię.
Bardzo, bardzo kusiło ją, by użyć tego specjalnego mędrkowatego tonu (actually, …), którego wróżbitka czasem używała, kiedy chciała się z kimś ostentacyjnie podroczyć: sugestię, żeby do rozwiązania ich problemu użyć transmutacji, spodziewała się usłyszeć raczej ze strony Maeve, wybitnie uzdolnionej w tej dziedzinie magii. Ale Rosie? Znaczące spojrzenie, które posłała McKinnon mówiło: a pamiętasz, kto musiał czekać w poczekalni u świętego Munga z Ottonem, kiedy zamiast wampirzych kłów dałaś mu ciosy godne słonia?.
Widząc, jak Maeve zakasuje rękawy, szybko odwróciła się i wcisnęła jej swoją torebkę, rzucając szybkie: ”powinnam mieć jakąś zapasową fiolkę”, żeby sama sobie znalazła antidotum w odmętach jej magicznie powiększonej torby.
No naprawdę, o los biednej, porzuconej kici będą się z nią spierać? Lorraine często miała wrażenie, że jest jedyną osobą obdarzoną jakimkolwiek instynktem samozachowawczym w gronie jej najbliższych, bo ci zawsze zbywali jej ostrzeżenia i rzucali się na łeb na szyję w objęcia niebezpieczeństwu. A kiedy ona raz w życiu chciała spontanicznie zrobić coś nie do końca rozsądnego - to jest, szlachetnie uratować kotka, który ewidentnie wybrał ją na swoją wybawczynię - to nagle wszyscy tylko kręcili głowami i rzucali sceptyczne spojrzenia. Co za ludzie!
- Przecież dam radę - rzuciła, i, zdeterminowana, oparła stópkę o rozchybotane cegły i podciągnęła się, by wspiąć się bliżej zdesperowanego kiciusia. Kotek wciąż zawodził, ale Lorraine wcale mu się nie dziwiła: zaułek, obok którego akurat przechodziły był typowym zaułkiem Nokturnu, a więc wydawał się idealnym miejscem na napad, rozbój albo strzał w żyłę. Gdyby Rosie, Maeve i Lorrie były choć trochę bardziej samoświadome, skarżyłyby się na okoliczności przyrody równie głośno, co osamotniony zwierzak.
Dobrym znakiem było jednak to, że kotek nie uciekał, tylko z zaciekawieniem obserwował akrobacje Lorraine.
Rzucam na aktywność fizyczną, by zobaczyć, czy moje podejście wspięcia się po chwiejnym stosie cegieł zakończy się powodzeniem.
Rzut O 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Jeżeli moje akrobacje zakończą się porażką… Rzucam kostką by sprawdzić, jak bardzo będzie bolało, kiedy spadnę.
Rzut 1d100 - 15