06.04.2024, 17:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2024, 11:43 przez Lorraine Malfoy.)
Każdy umysł był inny; każdy był dla niej swego rodzaju wyzwaniem, łamigłówką: tak to tłumaczyła kiedyś z wypiekami na policzkach Atreusowi, wpadając w podekscytowany słowotok kogoś, kto wreszcie może się podzielić swoimi przemyśleniami na temat, którego zgłębianiu poświęcił długie, długie godziny. Miranda Malfoy – macocha Lorraine – zwykła mawiać, że nie można tak naprawdę poznać drugiego człowieka, dopóki nie zajrzy się do wnętrza jego głowy, dopóki nie przeniknie się w głąb myśli i wspomnień. Lorraine nigdy nie mogła być pewna, co czeka na nią pod powierzchnią, ale nie wzbudzało to w niej trwogi, wręcz przeciwnie: zanurzając się w nieznane, Lorraine czuła tylko przypływ adrenaliny, a początkowe napięcie obecne w jej ciele – lekko zmarszczone brwi, usta zaciśnięte w kreskę i rygorystyczna sztywność postawy – szybko ustępowało, kiedy pozwalała się porwać nadnaturalnym doznaniom związanym z eksploracją cudzych umysłów. Niektóre – tak jak ten należący do przesłuchiwanego przez nią podstarzałego zegarmistrza – przypominały eleganckie mechanizmy: to były precyzyjne i uporządkowane maszyny stworzone podług nieprzetłumaczalnych schematów, doskonale logiczne – a jednocześnie wymykające się wszelkim prawom logiki. Inne przywodziły na myśl abstrakcyjne pejzaże, zalewające legilimentkę feerią niepowtarzalnych barw, które układały się w paletę wspomnień, by zaraz spłynąć po sztaludze myśli, kolory wymieszane bez większego ładu i składu. Jeszcze inne… Och, ale w tym wszystkim Lorraine najbardziej kochała przecież własny umysł – ten, którego nie potrafiła zrozumieć. Zgłębiała wnętrza cudzych umysłów tylko po to, by znaleźć sposób na opisanie swojego.
Twarz wiły, która przez dłuższy moment nie wyrażała niczego poza absolutnym skupieniem, zaczęła zmieniać się jednak pod wpływem zalewających ją wspomnień, uczuć, emocji: Lorraine najchętniej sięgała po te najbardziej skrajne, najbardziej gwałtowne. Zawsze ciągnęło ją przez to do ludzi obdarzonych wielką intensywnością – tych targanych namiętnościami, w których to tkwiło wiele sprzeczności – ci zapewniali jej wręcz ekstatyczne doznania. “Łączę przyjemne z pożytecznym”, mówiła wtedy – wyczerpana, choć szczęśliwa, i oczywiście, bogatsza w nową wiedzę. Poddała się prądowi wspomnień i myśli staruszka: wyraz błogości rozlał się na jej twarzy, kiedy pozwoliła by obmywał ją nurt pamięci. Dziadek nie był nudny: wyczytała z jego wspomnień wszystko to, czego potrzebowała, i miała z tego trochę uciechy. Nie był jednak nikim istotnym – nikim wyjątkowym – tylko kolejnym trybikiem w skomplikowanym mechanizmie poruszającym Nokturnem, w tym misternym automatonie, który był niczym innym jak fantazyjnym zegarem – zegarem, który pokazywał ludziom, ile czasu im pozostało.
Delaneyowi pozostało go bardzo niewiele.
Wtem, wybiła jednak pełna godzina, a świat zalała kakofonia dźwięków. Zegary, setki zegarów, naprawianych przez podstarzałego zegarmistrza powróciło do życia – najgłośniejszy zaś okazał się zegar z kukułką, która zaczęła wwywrzaskiwać popularny jingiel radiowy. Gwałtowne westchnienie wyrwało się z piersi zaskoczonej wiły. Lorraine cofnęła się instynktownie, tak, że w niewielkiej przestrzeni straganu oparła się znienacka plecami o zbitą z koślawych drewienek, prowizoryczną ścianę. Ściana ta stanowiła jeden z kilku filarów podtrzymujących rozchybotany strop, a jednocześnie – łączyła starą budę, którą zajmował staruszek z kolejną, stojącą tuż obok – cała ta misterna konstrukcja dodatkowo zadrżała, kiedy uwolniony spod działania uroku dziadek z impetem uderzył w przeciwległą ścianę. Lorraine wyciągnęła rękę w jego stronę, oferując swoją pomoc: przytrzymała dziadka za ramię, by ten nie spadł ze stołka – wciąż jeszcze wyraźnie rozchwiany po ostatnich doznaniach – cierpliwie czekając, aż mężczyzna odzyska równowagę i zacznie kontaktować na tyle, by uciszyć koncert zegarowej orkiestry.
Przeraźliwy hałas – jakby nie dość, że wstrząsnął wystarczająco już wątłymi posadami straganu – obudził nie tylko sąsiadów staruszka, ale też i ptaki, śpiące do tej pory na żerdziach pod sufitem. Cała chmara ptactwa poderwała się do lotu, głośno trzepocząc skrzydłami: przelatywały obok nich, rozświergotane w swym przerażeniu, gubiąc pióra oblepione resztkami ptasich snów. Lorraine prychnęła śmiechem, który na zimnym powietrzu sperlił się w ulotny obłok pary.
Jakże surrealistyczna to scena, pomyślała Lorraine, obracając w palcach pióro wróbla, które spadło jej na kołnierz płaszcza, jakże piękna. Spojrzała na niewielkiego ptaszka skulonego na żerdzi, w kącie, i uśmiechnęła się w zamyśleniu. Wyciągnęła otwartą dłoń w jego stronę.
Kukułka w końcu przestała krzyczeć.
Twarz wiły, która przez dłuższy moment nie wyrażała niczego poza absolutnym skupieniem, zaczęła zmieniać się jednak pod wpływem zalewających ją wspomnień, uczuć, emocji: Lorraine najchętniej sięgała po te najbardziej skrajne, najbardziej gwałtowne. Zawsze ciągnęło ją przez to do ludzi obdarzonych wielką intensywnością – tych targanych namiętnościami, w których to tkwiło wiele sprzeczności – ci zapewniali jej wręcz ekstatyczne doznania. “Łączę przyjemne z pożytecznym”, mówiła wtedy – wyczerpana, choć szczęśliwa, i oczywiście, bogatsza w nową wiedzę. Poddała się prądowi wspomnień i myśli staruszka: wyraz błogości rozlał się na jej twarzy, kiedy pozwoliła by obmywał ją nurt pamięci. Dziadek nie był nudny: wyczytała z jego wspomnień wszystko to, czego potrzebowała, i miała z tego trochę uciechy. Nie był jednak nikim istotnym – nikim wyjątkowym – tylko kolejnym trybikiem w skomplikowanym mechanizmie poruszającym Nokturnem, w tym misternym automatonie, który był niczym innym jak fantazyjnym zegarem – zegarem, który pokazywał ludziom, ile czasu im pozostało.
Delaneyowi pozostało go bardzo niewiele.
Wtem, wybiła jednak pełna godzina, a świat zalała kakofonia dźwięków. Zegary, setki zegarów, naprawianych przez podstarzałego zegarmistrza powróciło do życia – najgłośniejszy zaś okazał się zegar z kukułką, która zaczęła wwywrzaskiwać popularny jingiel radiowy. Gwałtowne westchnienie wyrwało się z piersi zaskoczonej wiły. Lorraine cofnęła się instynktownie, tak, że w niewielkiej przestrzeni straganu oparła się znienacka plecami o zbitą z koślawych drewienek, prowizoryczną ścianę. Ściana ta stanowiła jeden z kilku filarów podtrzymujących rozchybotany strop, a jednocześnie – łączyła starą budę, którą zajmował staruszek z kolejną, stojącą tuż obok – cała ta misterna konstrukcja dodatkowo zadrżała, kiedy uwolniony spod działania uroku dziadek z impetem uderzył w przeciwległą ścianę. Lorraine wyciągnęła rękę w jego stronę, oferując swoją pomoc: przytrzymała dziadka za ramię, by ten nie spadł ze stołka – wciąż jeszcze wyraźnie rozchwiany po ostatnich doznaniach – cierpliwie czekając, aż mężczyzna odzyska równowagę i zacznie kontaktować na tyle, by uciszyć koncert zegarowej orkiestry.
Przeraźliwy hałas – jakby nie dość, że wstrząsnął wystarczająco już wątłymi posadami straganu – obudził nie tylko sąsiadów staruszka, ale też i ptaki, śpiące do tej pory na żerdziach pod sufitem. Cała chmara ptactwa poderwała się do lotu, głośno trzepocząc skrzydłami: przelatywały obok nich, rozświergotane w swym przerażeniu, gubiąc pióra oblepione resztkami ptasich snów. Lorraine prychnęła śmiechem, który na zimnym powietrzu sperlił się w ulotny obłok pary.
Jakże surrealistyczna to scena, pomyślała Lorraine, obracając w palcach pióro wróbla, które spadło jej na kołnierz płaszcza, jakże piękna. Spojrzała na niewielkiego ptaszka skulonego na żerdzi, w kącie, i uśmiechnęła się w zamyśleniu. Wyciągnęła otwartą dłoń w jego stronę.
Kukułka w końcu przestała krzyczeć.
Koniec sesji