06.04.2024, 17:29 ✶
- Po prostu przyznaj, że wolałeś mnie, kiedy nosiłam krótkie spódniczki.
Nikt nie będzie się z ciebie śmiał, że nosisz przykrótki mundurek, jeżeli tylko będziesz udawać, że skróciłaś go celowo, stwierdziła w przypływie nagłej desperacji nastoletnia Lorraine, próbując opanować atak paniki, zamknięta w jednej z kabin damskiej toalety.
Zemdliło ją, kiedy podczas śniadania musiała wysłuchiwać opowieści o tym, gdzie to nie były na wakacjach jej koleżanki. Miała dosyć recytowania wyuczonych, wymijających odpowiedzi na pytania o to, jak spędziła ostatnie lato. A już na pewno nie dała dłużej rady udawać, że interesuje ją zapowiedź jesiennej kolekcji u Madame Malkin: Lorraine nie wystarczyło w tym roku nawet na kupno nowego mundurka, więc widok katalogu z frywolnymi szatami inspirowanymi najnowszą modą mugolską przeważył szalę goryczy, zwłaszcza, że cały ranek spędziła skubiąc nieco powyciągany już sweter z wełnianych paprochów - a ten i tak wyglądał koszmarnie w porównaniu z tym, co miały na sobie inne ślizgonki - już czuła na sobie te wzgardliwe spojrzenia innych dobrze urodzonych, popularnych i przede wszystkim bogatych koleżanek…
Nie miała pieniędzy na nowy mundurek, więc musiała rozwiązać ten problem inaczej.
Kiedy co rozsądniejsze uczennice patrzyły z powątpiewaniem na to, jak Lorraine dokonuje poprawek krawieckich w dziewczyńskiej toalecie w przerwie między lekcjami, podwijając już i tak przykrótką spódnicę w sposób, którego nie przewidywał szkolny regulamin, ta uśmiechała się tylko słodko, i szczebiotała, obrzydliwie lepkim tonem “zakochanej na zabój” nastolatki: mojemu chłopakowi się podoba…, co owocowało powszechnym chichotem, i tym, że temat mundurka znikał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wolała być wtedy zdzirowatą dziewczyną Atreusa Bulstrode’a, która znowu dostała szlaban za nierespektowanie szkolnego dress code’u, niż “tą biedną Malfoyówną” bez knuta przy duszy, którą ledwo stać na podręczniki.
Odkąd skończyła szkołę, wiele się jednak zmieniło. Co prawda, Atreus przyniósł jej dzisiaj jedną sukienkę w prezencie, więc specjalnie, żeby zrobić mu przyjemność, przebrała się w nią teraz - choć ta, jak większość sukienek od niego, odbiegała od jej codziennego stylu, bo Lorraine nosiła teraz skromne, raczej konserwatywne suknie, które nie odsłaniały ciała - kiedy stanęła w drzwiach sypialni, uśmiechnęła się więc z lekkim przekąsem, podchwyciwszy jego spojrzenie… Ale idąc w stronę mężczyzny, nie mogła się powstrzymać, żeby się nie obrócić, jak w tańcu - tylko po to, żeby się mu pokazać.
Taca z kawą i ciastkami z cichym szczeknięciem opadła na niewielki stolik ustawiony na środku pokoju, kiedy Lorraine machnęła różdżką. Zaraz podążyła spojrzeniem za ręką Atreusa, który pokazywał na ich stare zdjęcie. Jutro miało zniknąć z jej ściany, podobnie jak reszta fotografii: w tym te pochodzące z fotobudki, którą odwiedziła z Maeve w tę niedzielę, zawieszone najbliżej wezgłowia łóżka.
Lorraine przeprowadzała się, choć nie było tego widać po wnętrzu mieszkania, ale to była u niej norma. Nie rozpakowała walizki od przeszło ośmiu lat. Zdjęcia, zdobiące ściany, były jedynym wykładnikiem tego, czy zostawała gdzieś na dłużej, czy znów zbierała się do drogi.
- Za to ja lubiłam cię zanim zostałeś najbardziej pożądanym kawalerem w Wielkiej Brytanii. - Na ustach Lorraine zaigrał słodki, i tylko troszkę ironiczny uśmieszek, kiedy odniosła się do artykułu z dzisiejszego wydania Proroka. Przyciągnęła Atreusa za pasek od spodni, bliżej - miała nadzieję, że nie zostanie jej to poczytane w poczet reszty przestępstw ciążących jej na sumieniu (na przykład jako zamach na godność przedstawiciela sił aurorskich Ministerstwa Magii) - naśladowała tym poniekąd jego gest ze zdjęcia, na którym jego dłonie zawędrowały na jej biodra - tylko troszkę prowokując mężczyznę do tego, by wziął ją w ramiona.
W końcu tak długo się nie widzieli, a te ich wieczne podchody - bezczelny flirt, głupie odzywki i niekiedy subtelne czułości - były niczym więcej, jak zdjęciem zawieszonym na jej ścianie: wspomnieniem przeszłości, niewinną reminiscencją, dla niego pozbawioną znaczenia. A dla niej…
Cóż, była pewna jednego: Atreus zawsze stawiał siebie i własną korzyść na pierwszym miejscu - w tym byli sobie podobni - i, paradoksalnie, właśnie dlatego czuła się w jego towarzystwie bezpiecznie: Bulstrode gardził ślepym poddaństwem, ona nade wszystko pragnęła być niezależna, oboje zaś byli szarym moralnie, skończonymi oportunistami. Jesteś dobry, ale nie jesteś dobrym człowiekiem, powiedziała mu kiedyś, uśmiechając się doń czule, choć tak do końca nie wiedziała, czy odebrał to tak, jak powinien to odebrać - jako komplement. Właśnie z tego konkretnego powodu, Atreus był w jej mniemaniu jednym z niewielu prawdziwych ludzi, jakich znała - on nie udawał kogoś, kim nie był, nie silił się na bycie świętym; nie kreował swojego kodeksu moralnego podług jakichś sztucznych zasad, ale też i nie ulegał ludziom, którzy chcieli go sprowadzić na manowce - Bulstrode mógł mieć uśmieszek kanciarza i niespokojne palce hazardzisty, ale Lorraine bardziej ufała jego rozbuchanej dumie aniżeli świętym naukom kowenu.
Może właśnie to w nim lubiła - tę ambicję, która zawsze kazała mu szukać czegoś więcej, jego arogancję i ten jakże wstrętny, choć i godny podziwu egoizm - może nawet kochała... Chociaż nie zamierzała uzewnętrzniać się przed Atreusem ze swoich skomplikowanych uczuć względem jego osoby.
To, co czuła do Atreusa Bulstrode’a, było tylko i wyłącznie jej sprawą.
Teraz zakręciła się wokół niego świadomie, wiedząc, że kiedyś lubił ją taką - kiedy zrzucała maskę opanowania i otwarcie domagała się od niego uwagi oraz uczuciai - i że lubi ją dalej… A przynajmniej zainteresowanie wili pochlebia mu na tyle, że ją toleruje.
Inaczej by tu nie przychodził: nie, kiedy jedynym, co miała mu do zaoferowania, była przyjacielska rozmowa.
Lorraine oparła głowę o ramię Atreusa. Nie przejmowała się bijącym od niego zimnem. Zimniejszy wydawał się te kilka lat temu, kiedy łamał jej głupie, nastoletnie serce.
Zimno jej nie przeszkadzało: on mógł być przeklęty, ale to Lorraine miała serce z lodu.
Miała jednak nadzieję, że to coś - ten przejmujący chłód - nie sprawia mu bólu. Różni ludzie różnie reagowali na klątwy, a to, co czytała w gazetach i to, co zdążył już powiedzieć jej w listach (które po Beltane pisywała częściej, co bodło w jej kobiecą dumę), nie musiało odpowiadać prawdzie. W końcu zawsze tak bardzo lubił zgrywać bad boya...
- Patrz - jacy byliśmy kiedyś beztroscy - a teraz? Zamiast cieszyć się nokturnową sielanką, muszę nieustannie klepać "zdrowaśki" do Matki, bo ty ciągle tylko ryzykujesz życiem… - jej szept był doskonale obliczony na efekt. - ...mój ty bohaterze.
Czy wreszcie zebrał wystarczająco siły, by podzielić się z nią swoimi cennymi myślami? Miała taką nadzieję.
Nikt nie będzie się z ciebie śmiał, że nosisz przykrótki mundurek, jeżeli tylko będziesz udawać, że skróciłaś go celowo, stwierdziła w przypływie nagłej desperacji nastoletnia Lorraine, próbując opanować atak paniki, zamknięta w jednej z kabin damskiej toalety.
Zemdliło ją, kiedy podczas śniadania musiała wysłuchiwać opowieści o tym, gdzie to nie były na wakacjach jej koleżanki. Miała dosyć recytowania wyuczonych, wymijających odpowiedzi na pytania o to, jak spędziła ostatnie lato. A już na pewno nie dała dłużej rady udawać, że interesuje ją zapowiedź jesiennej kolekcji u Madame Malkin: Lorraine nie wystarczyło w tym roku nawet na kupno nowego mundurka, więc widok katalogu z frywolnymi szatami inspirowanymi najnowszą modą mugolską przeważył szalę goryczy, zwłaszcza, że cały ranek spędziła skubiąc nieco powyciągany już sweter z wełnianych paprochów - a ten i tak wyglądał koszmarnie w porównaniu z tym, co miały na sobie inne ślizgonki - już czuła na sobie te wzgardliwe spojrzenia innych dobrze urodzonych, popularnych i przede wszystkim bogatych koleżanek…
Nie miała pieniędzy na nowy mundurek, więc musiała rozwiązać ten problem inaczej.
Kiedy co rozsądniejsze uczennice patrzyły z powątpiewaniem na to, jak Lorraine dokonuje poprawek krawieckich w dziewczyńskiej toalecie w przerwie między lekcjami, podwijając już i tak przykrótką spódnicę w sposób, którego nie przewidywał szkolny regulamin, ta uśmiechała się tylko słodko, i szczebiotała, obrzydliwie lepkim tonem “zakochanej na zabój” nastolatki: mojemu chłopakowi się podoba…, co owocowało powszechnym chichotem, i tym, że temat mundurka znikał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wolała być wtedy zdzirowatą dziewczyną Atreusa Bulstrode’a, która znowu dostała szlaban za nierespektowanie szkolnego dress code’u, niż “tą biedną Malfoyówną” bez knuta przy duszy, którą ledwo stać na podręczniki.
Odkąd skończyła szkołę, wiele się jednak zmieniło. Co prawda, Atreus przyniósł jej dzisiaj jedną sukienkę w prezencie, więc specjalnie, żeby zrobić mu przyjemność, przebrała się w nią teraz - choć ta, jak większość sukienek od niego, odbiegała od jej codziennego stylu, bo Lorraine nosiła teraz skromne, raczej konserwatywne suknie, które nie odsłaniały ciała - kiedy stanęła w drzwiach sypialni, uśmiechnęła się więc z lekkim przekąsem, podchwyciwszy jego spojrzenie… Ale idąc w stronę mężczyzny, nie mogła się powstrzymać, żeby się nie obrócić, jak w tańcu - tylko po to, żeby się mu pokazać.
Taca z kawą i ciastkami z cichym szczeknięciem opadła na niewielki stolik ustawiony na środku pokoju, kiedy Lorraine machnęła różdżką. Zaraz podążyła spojrzeniem za ręką Atreusa, który pokazywał na ich stare zdjęcie. Jutro miało zniknąć z jej ściany, podobnie jak reszta fotografii: w tym te pochodzące z fotobudki, którą odwiedziła z Maeve w tę niedzielę, zawieszone najbliżej wezgłowia łóżka.
Lorraine przeprowadzała się, choć nie było tego widać po wnętrzu mieszkania, ale to była u niej norma. Nie rozpakowała walizki od przeszło ośmiu lat. Zdjęcia, zdobiące ściany, były jedynym wykładnikiem tego, czy zostawała gdzieś na dłużej, czy znów zbierała się do drogi.
- Za to ja lubiłam cię zanim zostałeś najbardziej pożądanym kawalerem w Wielkiej Brytanii. - Na ustach Lorraine zaigrał słodki, i tylko troszkę ironiczny uśmieszek, kiedy odniosła się do artykułu z dzisiejszego wydania Proroka. Przyciągnęła Atreusa za pasek od spodni, bliżej - miała nadzieję, że nie zostanie jej to poczytane w poczet reszty przestępstw ciążących jej na sumieniu (na przykład jako zamach na godność przedstawiciela sił aurorskich Ministerstwa Magii) - naśladowała tym poniekąd jego gest ze zdjęcia, na którym jego dłonie zawędrowały na jej biodra - tylko troszkę prowokując mężczyznę do tego, by wziął ją w ramiona.
W końcu tak długo się nie widzieli, a te ich wieczne podchody - bezczelny flirt, głupie odzywki i niekiedy subtelne czułości - były niczym więcej, jak zdjęciem zawieszonym na jej ścianie: wspomnieniem przeszłości, niewinną reminiscencją, dla niego pozbawioną znaczenia. A dla niej…
Cóż, była pewna jednego: Atreus zawsze stawiał siebie i własną korzyść na pierwszym miejscu - w tym byli sobie podobni - i, paradoksalnie, właśnie dlatego czuła się w jego towarzystwie bezpiecznie: Bulstrode gardził ślepym poddaństwem, ona nade wszystko pragnęła być niezależna, oboje zaś byli szarym moralnie, skończonymi oportunistami. Jesteś dobry, ale nie jesteś dobrym człowiekiem, powiedziała mu kiedyś, uśmiechając się doń czule, choć tak do końca nie wiedziała, czy odebrał to tak, jak powinien to odebrać - jako komplement. Właśnie z tego konkretnego powodu, Atreus był w jej mniemaniu jednym z niewielu prawdziwych ludzi, jakich znała - on nie udawał kogoś, kim nie był, nie silił się na bycie świętym; nie kreował swojego kodeksu moralnego podług jakichś sztucznych zasad, ale też i nie ulegał ludziom, którzy chcieli go sprowadzić na manowce - Bulstrode mógł mieć uśmieszek kanciarza i niespokojne palce hazardzisty, ale Lorraine bardziej ufała jego rozbuchanej dumie aniżeli świętym naukom kowenu.
Może właśnie to w nim lubiła - tę ambicję, która zawsze kazała mu szukać czegoś więcej, jego arogancję i ten jakże wstrętny, choć i godny podziwu egoizm - może nawet kochała... Chociaż nie zamierzała uzewnętrzniać się przed Atreusem ze swoich skomplikowanych uczuć względem jego osoby.
To, co czuła do Atreusa Bulstrode’a, było tylko i wyłącznie jej sprawą.
Teraz zakręciła się wokół niego świadomie, wiedząc, że kiedyś lubił ją taką - kiedy zrzucała maskę opanowania i otwarcie domagała się od niego uwagi oraz uczuciai - i że lubi ją dalej… A przynajmniej zainteresowanie wili pochlebia mu na tyle, że ją toleruje.
Inaczej by tu nie przychodził: nie, kiedy jedynym, co miała mu do zaoferowania, była przyjacielska rozmowa.
Lorraine oparła głowę o ramię Atreusa. Nie przejmowała się bijącym od niego zimnem. Zimniejszy wydawał się te kilka lat temu, kiedy łamał jej głupie, nastoletnie serce.
Zimno jej nie przeszkadzało: on mógł być przeklęty, ale to Lorraine miała serce z lodu.
Miała jednak nadzieję, że to coś - ten przejmujący chłód - nie sprawia mu bólu. Różni ludzie różnie reagowali na klątwy, a to, co czytała w gazetach i to, co zdążył już powiedzieć jej w listach (które po Beltane pisywała częściej, co bodło w jej kobiecą dumę), nie musiało odpowiadać prawdzie. W końcu zawsze tak bardzo lubił zgrywać bad boya...
- Patrz - jacy byliśmy kiedyś beztroscy - a teraz? Zamiast cieszyć się nokturnową sielanką, muszę nieustannie klepać "zdrowaśki" do Matki, bo ty ciągle tylko ryzykujesz życiem… - jej szept był doskonale obliczony na efekt. - ...mój ty bohaterze.
Czy wreszcie zebrał wystarczająco siły, by podzielić się z nią swoimi cennymi myślami? Miała taką nadzieję.